Kanaan, Robert - Atea-The Power Of Light

Olga Walkiewicz, Kanaan, Robert - Atea-The Power Of Light

Kosmos zawsze fascynował, był niezmierzoną zagadką, niewiadomą, która przytłaczała swoją szaloną mocą. Był pragnieniem nieosiągalnym i porywającym sferę naszych marzeń. To, co drzemie w nas w środku nakazywało pragnąć dosięgać gwiazd, pochłonąć wszystkie dary, jakie otrzymaliśmy wraz z naszą wiedzą i wyobraźnią. Od wieków ludzkość zastanawiała się nad potęgą światła. To ono było źródłem życia. To ono stanowiło wulkan, wokół którego kiełkowało nowe istnienie. Czasem dyskretnie - schowane w rozpadlinach ciemności, innym razem wybuchało niczym ogniste fajerwerki na zaślubinach Króla Słońce.

W polinezyjskiej kulturze Atea symbolizuje światło i pokonywanie sił ciemności. Tak, symbole w naszym życiu mają niezbadany potencjał. Czasem nie zdajemy sobie z tego sprawy ile naszych zachowań, ile emocji jest następstwem tego, co dzieje się w naszej podświadomości. „Atea - The Power Of Light” to nowy album Roberta Kanaana. To szalona wędrówka przez niespokojne równiny ludzkich odczuć i namiętności. To podróż do granic wszechświata. Dwanaście instrumentalnych kompozycji zamkniętych w opowieść o mocy naszych myśli i zmaganiu się z ludzką słabością.

Album otwiera utwór tytułowy, którego przestrzenne brzmienie i patos mogą skojarzyć się ze ścieżką dźwiękową do „Gladiatora”. Coś w tym jest, że wielu muzyków myśli o komponowaniu soundtracków lub musicali. Może to rodzaj tęsknoty lub odskocznia od szarej codzienności? Poza tym podczas edukacji muzycznej wdrukowuje się w młodych ludzi miłość do muzyki programowej. I bardzo dobrze. To rozwija wyobraźnię. Jest warunkiem łatwości, z jaką później pojawiają się pomysły. „Atea” to początek, od którego wszystko się zaczyna. To wrota do krainy, gdzie króluje jasność. Jest w tym wszystkim kropla istnienia, które buduje magiczną potęgę – wielką niczym Chiński Mur, lecz jeszcze nieśmiałą w swojej młodości. „With The Dolphins” - lazurowa głębia oceanu jest jak życie, które nie zna granic. I delfiny – jedyne ssaki poza człowiekiem, dla których miłość fizyczna nie jest tylko pędem do prokreacji. Jest sama w sobie pięknem i rozkoszą, Każdy dźwięk niesie w sobie pokład ogromnej radości i beztroski. Lekkość rozpływa się w błękitach i szafirach, łącząc się z przesyconą słońcem „Oceanią”. „Endless Horizons” to miękko narysowana linia horyzontu, a każda nuta jest promieniem słońca toczącym senną walkę w godzinie zachodu.

Robert Kanaan potrafi malować dźwiękową akwarelę tak lekko, jakby muskał piórkiem taflę wody. Tak jest też w „Mellow Blue” i „Fragile Beauty”. Klawiszowe wędrówki po łąkach okraszonych rozbłyskami światła. Filozofia życia nie jest możliwa do ujęcia jej w słowa. To tajemnica bez dna i granic. Trzeba się w niej zatopić, oddać duszę i ciało we władanie muzyki, która pieści pocałunkami fraz i dotykiem echa. To cudowna godzinna podróż przez wybrzmiewające świetliste półnuty w „Ocean Of Serenity”, przez tęczę zbudowaną w białych pagodach w „Distant Rainbows” czy orientalizującym „Immense Worlds”. „Old Raven’s Legend” ozdobiony jest dźwiękiem fletów i dzikim powiewem wiatrów znad Amazonii. „Sunstorm” emanuje spokojem, który prowadzi do punktu kulminacyjnego, jakim jest „The Power Of Light”. Tak, to już koniec wędrówki przez równiny kreowane klawiszowym bogactwem. Reszta to nasza wyobraźnia i ścieżka pełna marzeń. Wystarczy tylko zamknąć oczy...

MLWZ album na 15-lecie