Teramaze - And The Beauty They Perceive

Olga Walkiewicz, Teramaze - And The Beauty They Perceive

To niebywałe jak produktywnym zespołem okazuje się być Teramaze. Australijczycy w ciągu ostatniego roku, wydali aż trzy albumy. Fenomen kompozytorski czy przerost formy nad treścią? Całe szczęście, że nie trzeba tego rozstrzygać, bo muzyka broni się sama. Szczególnie mocno rozsmakowałam się w ostatniej ich produkcji i nie da się ukryć, że nadal jestem w fazie „nienasycenia połączonego z euforycznym szaleństwem”.

Ktoś w związku z tym mógłby powiedzieć, że słuchanie muzyki jest zajęciem ryzykownym i wielce niebezpiecznym. Jest w tym trochę prawdy. Zanurzenie się w oceanie dźwięków potrafi być prawdziwie ekscytujące. Możemy jednak mieć przemożną ochotę pozostać w tej cudownej toni i nie powracać do szarości dnia codziennego. Muzyka wciąga niczym wir, pochłania bez reszty. To jak podpisanie cyrografu z diabłem. Można się wtedy przenieść do innego wymiaru i jak to określają członkowie mojej rodziny - „oderwać od realnego świata”. Niedawno jeden z moich redakcyjnych kolegów powiedział, że jesteśmy „klubem muzycznych maniaków”. Cóż, chyba miał rację. Na dodatek nasze eskapady do krainy wypełnionej oddechem Melpomeny, są niesamowicie przyjemne.

Wracając do Teramaze, warto zwrócić uwagę na bardzo silną pozycję zespołu na progmetalowym firmamencie. I to nie tylko wśród rodzimych zespołów. Chłopcy nagrywają konsekwentnie płyty na bardzo dobrym poziomie. Po znakomitym albumie, jakim był „Sorella Minore”, nie ma efektu wypalenia czy spadku formy. Pną się ku górze niczym alpiniści. To talent i pasja w jednym. To zapał, który rozpala twórcze możliwości i wyobraźnię.

Nowy krążek zespołu otwiera utwór tytułowy - „ And The Beauty They Percieve”. Lub raczej porywa. To znakomita kompozycja. Bardzo dynamiczna, z cudowną linią basu i odlotową perkusją, które prowadzą równoległy bardzo ciekawy dialog z wokalem Deana Wellsa i gitarowym ostinato. Ten utwór na długo pozostaje w głowie. Jest jak słodycz wymieszana z dynamitem. Proch strzelniczy w kryształowym kieliszku pełnym szampana Dom Perignon. „Jackie Seth” to rytmiczny, rozkołysany i bardzo przebojowy kawałek. „Untide”- świetna rytmika wpleciona w ciekawą melodię. Taka chwila refleksji nad tym, co potrafimy tracić w imię komfortowego i wygodnego życia. Jaka jest tego cena. Na ile jest dla nas ważna wolność i uczucie niezależności. Dziesięciominutowy „Modern Living Space” to przede wszystkim świetne jazdy gitar - Dean Wells i Chrisa Zoupa w pełnym rynsztunku bojowym. „Blood of Fools” ze swoją ciekawą, niezwykłą kontrapunktową budową pokazuje ogrom możliwości muzyków. „Waves” - to moja ukochana kompozycja. Miękka jak jedwab srebrzystych włosów, subtelna niczym zapach, zmysłowa jak wszystko co przenosi w zaświaty. „Son Rise” to kolejna kompozycja, w której Teramaze osiągnął to, co jest ważne dla wysokiego poziomu. Jest tu zabójcza siła, kunszt, pomysłowość i perfekcja. „Search For The Unimaginable” to ciąg Fibonacciego uniesiony do rangi brzmień pozbawionych banału codzienności. Metalowe wycieczki w odrealnioną formę subtelności. I to zakończenie – epickie i przemyślane w każdym szczególe: utwór „Head Of The King” - nieodkryty diament. Jedenastominutowa kompozycja zaspokajająca apetyt na wszystko, co w progresywnych klimatach smakowite.

Tak kończy się ta płyta. Esencja muzycznego „Australian Open”. Morska bryza znad wysp Flindersa, prądy morskie drzemiące w cieśninie Bassa, piękno i finezja… Teramaze...

MLWZ album na 15-lecie