Galifi, Stefano "Lupo" - Dei Ricordi, un Museo

Artur Chachlowski, Galifi, Stefano "Lupo" - Dei Ricordi, un Museo

„Dei Ricordi, un museo” to album, który firmuje swoim nazwiskiem Stefano „Lupo” Galifi – niegdyś wokalista legendarnego włoskiego zespołu Museo Rosenbach (niewtajemniczonym przypominam tytuł „Zarathustra” wydany na płycie w 1973 roku. Rewelacja!) uważanego za jednego z najznakomitszych reprezentantów włoskiej szkoły progresywnego rocka.

Po rozpadzie Museo Rosenbach Stefano Galifi działał w różnych projektach i formacjach, ale dopiero teraz zaczyna karierę solową i aż trudno uwierzyć, że album „Dei Ricordi, un Museo” jest tak naprawdę jego solowym debiutem. Uczynił z niego platformę do uporządkowania swoich muzycznych szkiców, odkurzenia pochowanych gdzieś głęboko po szufladach utworów, powrotu do muzycznych przemyśleń i wspomnień oraz podjęcia próby przypomnienia się szerszej publiczności.

Aby osiągnąć ten cel, Lupo skontaktował się z uznanymi muzykami i kompozytorami, którzy przewinęli się już wielokrotnie w znaczących projektach związanych z włoskim rynkiem progresywnego rocka. Zapewne wielu naszych Czytelników pamięta takich twórców, jak Luca

Scherani (La Coscienza di Zeno, Höstsonaten), który przyjął zaproszenie Lupo z ogromnym entuzjazmem i szybko ukształtował melodie i muzykę pasującą w sam raz do ekspresji mocnego głosu Stefano. Na basie zagrał Gabriele Guidi Colombi (La Coscienza di Zeno, Not A Good Sign), a instrumentalny skład uzupełniają Marcella Arganese (Ubi Maior, Mr. Punch), która jest współautorką tytułowego utworu opowiadającego o minionych muzycznych czasach, oraz Folco Fedele - znany perkusista, który na co dzień współpracuje z zespołem Panther & C.

Ten właśnie skład towarzyszył w studio Stefano, którego głos jest nadal – tak jak pół wieku temu - krystaliczny czysty i wciąż rozbrzmiewa klimatem złotego okresu włoskiego rocka progresywnego. W efekcie powstał album nowoczesny, choć pobrzmiewający bardzo wyraźną nutką nostalgii za minionymi latami.

Szlachetne pociągnięcia fortepianu, pastelowe partie fletu, gitary, które raz „rzeźbią”, a raz „łkają”, mocny wokal Stefano (śpiewa na tej płycie wyłącznie po włosku), nieoczywiste melodie, wysmakowane aranżacje, kontemplacyjny charakter muzyki zaklętej w siedmiu dobrych i równych utworach… Bardzo ładne brzmienia, klimat typowy dla starej, dobrej włoskiej szkoły prog rocka. Prawdziwe muzeum wspomnień. Choć eksponaty (czytaj: utwory) w nim całkiem nowe… Czegóż chcieć więcej?

MLWZ album na 15-lecie