Corvaglia, Alessandro - Out Of The Gate

Artur Chachlowski, Corvaglia, Alessandro - Out Of The Gate

Są takie płyty, które choć same w sobie stanowią sporą wartość i jako całość prezentują się okazale, to mają w swoim programie jedną kompozycję, poprzez prymat której pamięta się je na długie lata. I myślę, że tak właśnie jest i będzie w przypadku tego albumu. To niezły, blisko godzinny muzyczny monolit utrzymany na bardzo wysokim poziomie, a zamykająca go dwunastominutowa kompozycja to prawdziwy muzyczny killer. Najpierw pojawiają się w niej delikatne szybujące pod niebo smyki, potem powolny rytm buduje dostojny klimat wypełniony bogatymi brzmieniami syntezatora, przejmującym wokalem, ognistym gitarowym solo oraz dostojnym solo na moogu. W połowie utworu muzyka zanurza się w jesiennej, mglisto-sennej atmosferze, by po chwili emocje narastały wraz emocjonalną ścieżką wokalną i wznoszącymi się wysoko klawiszowymi dźwiękami. Brzmienie staje się coraz bardziej soczyste, nastrój coraz bardziej gęsty i pompatyczny. No i wreszcie pojawia się długie, zakręcone i poruszające solo gitarowe, którego kulminacją staje się odbijające się echem głęboko w trzewiach majestatyczne brzmienie melotronu… Warto zapamiętać tytuł tego utworu: to „Out of the Gate” – tytułowa kompozycja z płyty włoskiego wokalisty, który nazywa się Alessandro Corvaglia.

Aż trudno uwierzyć, że „Out of the Gate” to pierwszy solowy album Alessandro Corvaglii – człowieka, którego głos pamiętamy z wielu znaczących projektów, m.in. Delirium, La Maschera di Cera, Hostsonaten i Pan Punch. Wziął udział w nagraniu wielu ważnych płyt, które zapisały się złotymi zgłoskami w historii włoskiego progresywnego rocka. Zawsze był jednak zaledwie cząsteczką większego planu, trybikiem w rozpędzonej maszynie i wyraźnie czekał na właściwy moment i okazję, która pozwoliłaby mu na pełną artystyczną swobodę, swoiste wyjście z metaforycznych „bram”, które dotychczas ograniczały jego wolność i wyrazistość.

Przez lata Alessandro Corvaglia komponował dla własnych potrzeb, zachowując na dnie szuflady szkice utworów, które teraz wypełniły program jego albumu. Za ich pośrednictwem nie tylko wyraża swoją wrażliwość muzyczną oraz demonstruje swój niebywały talent kompozytorski, ale staje się też bacznym obserwatorem życia: opisuje tragedie migrantów, którzy ginęli na morzu (bardzo udany utwór „Promised Land”, który z wysokiego C otwiera to wydawnictwo), absurdalne konflikty dotykające instytucje humanitarne, niszczenie instytucji publicznych czy obiektów kultury (marillionowski „White Ghosts”), barbarzyństwo mediów społecznościowych karmionych hejtem przez blogerów i ich popleczników („Preaching On Line”), przedstawia wątki autobiograficzne (naładowany emocjami utwór „Where Have I Been?” oraz najdłuższa w tym zestawie, wspomniana już na wstępie, finałowa kompozycja „Out of the Gate”) i odbywa ze słuchaczami wizjonerską podróż (w rewelacyjnym klimatycznym instrumentalnym utworze „The Night Of The Eyes")… Inne instrumentalne cudeńko to „…And The Lady Came In” – jak dla mnie to brzmieniowe skrzyżowanie Camela i grupy Aragon. Warto jeszcze zwrócić uwagę na balladowe nagranie „Vision” z niesamowitym jazzrockowym solo zagranym na elektrycznym fortepianie.

Dzięki bogatemu instrumentarium (wszechobecne brzmienia melotronów, minimoogów, akustycznych gitar, saksofonów i fletów, nie mówiąc już o fortepianie i gitarach) „Out of the Gate” brzmi jak klasyczna płyta z lat 70., jakby nagrana była nagrana przez muzyków, którzy przez całe życie nie robili nic innego, tylko komponowali epickie progrockowe suity, koncentrując się jednakowoż na potędze melodyjności i sile prostoty. To nie przypadek, że album zawiera aż dwa hołdy dla angielskiego gitarzysty i barda Gordona Giltrapa (mało znane nagranie „A Deed Within a Dream” oraz frapująca aranżacja przepięknej instrumentalnej miniaturki „12 Towers” – to utwory, które Giltrap podarował Alessandro Corvaglii podczas przygotowań do nagrywania tego albumu). Esencją albumu „Out Of the Game” są dwie rzeczy. Po pierwsze, po stronie instrumentalnej: wyraźna chęć stworzenia muzyki utrzymanej w klimacie twórczości mistrzów progresywnego rocka pokroju King Crimson, Genesis czy Caravan, a po drugie: wyeksponowanie ekspresyjnej charyzmy wokalnej naszego bohatera, który śpiewa tak jak Fish za swoich młodych lat.

I sztuka ta, na tym pełnym różnorodnych muzycznych odcieni albumie, Alessandro Corvaglii udała się w stu procentach!

MLWZ album na 15-lecie