Soup - Visions

Olga Walkiewicz, Soup - Visions

Erlend Viken to muzyk, artysta, człowiek, który potrafi być zagadką trudną do rozwikłania. Twórca niefrasobliwy, strącający swoje wizje i myśli z wyżyn boskości, z panteonu filozofii w głębiny rzeczywistości pełnej chaosu, kontrastów i ponurego obrazu otaczającego świata. Czy odcinanie się od realnego obrazu tego, co nas otacza – to strach czy obojętność? Czy stojąc w rzece upływającego czasu, mamy nie zauważać prawdy? Życie człowieka to wielkie odliczanie – bezlitosne i bezduszne. To co tkwi w naszych sercach i umysłach, może budować obraz rzeczywistości na milion sposobów. Jak ważne jest dogłębne zrozumienie problemów trawiących współczesnego człowieka?… Dlaczego zamykamy oczy, ukrywamy się w bezpiecznej kryjówce obojętności i milczenia? To tysiące pytań, które są bez odpowiedzi. Czy naprawdę wolimy odgrodzić się od świata, jak postać widniejąca na okładce „Visions”?

Erlend stworzył Soup wiele lat temu. Był to rok 2004. W jego twórczości zawsze tkwił zalążek niepokoju będący efektem przemyśleń, refleksji nad zderzającymi się siłami dobra i zła. Była tam przestrzeń nieujarzmiona okowami codzienności i siłą natury, szalony dialog z nieskończonością, gdzie sztuka nie ma granic - nie ma początku i końca. „Visions” to ostatnie z pięciorga jego ukochanych dzieci. Każde z nich jest inne. Wspólnym mianownikiem jest muzyka, którą trudno okiełznać niczym dzikiego mustanga. Nawet wtedy, gdy patrzy mu się głęboko w błyszczące źrenice.

„Visions” to też kolejne spotkanie w którym uczestniczą znani muzycy. Oczywiście główną postacią jest Erlend Aastad Viken, który jest autorem wszystkich kompozycji i tekstów, wykonuje partie klawiszowe, gra na gitarze, jest odpowiedzialny za wokal i aranżacje. Towarzyszą mu Orjan Langnes i Oysten Megard na gitarach, Jan Tore Megard na basie i Espen Berge na perkusji. Muzykę ubarwia With Giant Sky Orchestra: Liv Bronx (skrzypce), Ivan Ushakov (flet) i Emil Emilson Holemsland (trąbka).

„Visions” to pięć kompozycji tworzących spójną całość. Siła tej płyty tkwi w koncepcyjnym podejściu do całości. Jest to dzieło na miarę instalacji Kurta Fleckensteina czy Magdaleny Abakanowicz – zagadkowe, obdarzone aurą nieprzewidywalności, będące kolażem wizji i dźwięków.

„Burning Bridges” - ponad piętnastominutowa kompozycja, rozpoczynająca się orkiestrowym intro, kojarzącym się z początkiem soundtracku do filmu „Dune” Davida Lyncha skomponowanym przez muzyków Toto. Początek opowieści następuje wraz z wokalem Erlenda oplecionym doskonałą warstwą muzyczną. Subtelność fletów i siła klawiszy warunkują płynność dynamiczną i moc, z jaką wyrażane są słowa, tak ważne dla twórcy. Niosą w sobie przesłanie. Punktem wyjściowym jest tajemnicza i doskonała okładka autorstwa Lasse Hoile. Postać stojąca w rwącej, górskiej rzece – symbol czasu upływającego z bezwzględnym tempem i brutalnością. Jest to kobieta z twarzą zasłoniętą barwną materią. Nie widzi otaczającego świata, nie może nic powiedzieć. Jej zmysły zostały odcięte, przesłonięte tkaniną utkaną z wyimaginowanych odcieni wirtualnego świata, którego symbolem jest sześcian trzymany w dłoniach. Zatrważająca projekcja naszego codziennego bytu czy wizjonerskie ostrzeżenie? Ten plastyczny przekaz jest ściśle związany z treścią albumu. Z problemem, jaki chciał nam naświetlić Erlend. „Burning Bridges” - przemawia językiem filozofii i pragmatyzmu odzianym w woal miękkich brzmień, w sensualizm i „muzyczne art deco”. Przekaz liryczny jest perfekcyjnie zazębiony ze zmieniającą się dynamiką, z sinusoidą nastroju i dźwiękową ewolucją rysującą sekwencję zdarzeń. Wokół tej kompozycji rozpościera się zagadkowa aura szkicowana akordami w minorowych tonacjach.

„Crystalline” to wytchnienie wsparte koronkowym tłem budowanym przez gitary i dźwięk skrzypiec.   Atmosfera tego utworu zagęszcza się. Jest jak cisza przed uderzeniem pioruna.

Ultrakrótkie „Skins Pt.1” to jakby kładka prowadząca do innej krainy. Fortepian – białe i czarne klawisze – czystość formy. Perfekcja.

„Kingdom Of Color” - zagubienie, alienacja, samotność – to co nas przeraża, co nas dogania w snach, które nie kończą się przebudzeniem. To co jest w nas i nie jest prawdziwe, nie jest też fikcją. Ból codziennej egzystencji. Wszystko zatopione w kropli łzy lub rosy. Smyczkowe legato wsparte o krawędź lęku.

„Skins Pt. 2-3”. Ponownie klasyczna gitara i finezyjne klawisze. Jest to ostatni utwór na płycie – furtka do realnego świata – który przeraża, w którym dużo trudniej funkcjonować niż w krainie wirtualnych snów. Czy można cofnąć się przed tym co nieuniknione? Czy wystarczy zacisnąć powieki, aby nie widzieć i nie czuć? Odpowiedzią na te pytania jest brak odpowiedzi. W każdym z nas tkwi dwubiegunowe rozdwojenie osobowości. Nikt nie wie w którym miejscu jest granica pomiędzy światami. A może tak naprawdę jej nie ma?

MLWZ album na 15-lecie