Moongarden - Round Midnight

Artur Chachlowski,
ImageChylę czoła przed takimi płytami. Zawsze ogromnie się cieszę, gdy w ręce wpadają mi albumy tego pokroju. Pomimo szarzyzny i wątpliwej jakości pseudorozrywkowej papki serwowanej nam przez media ten muzyczny świat nie jest wcale taki zły, skoro ukazują się tak piękne płyty, jak „Round Midnight” zespołu Moongarden. Co tak bardzo zachwyciło mnie w muzyce tej włoskiej grupy? Takich mocnych i urzekających cech jest cała masa i gdybym chciał je teraz wymienić jednym tchem, to pewnie brakłoby miejsca przeznaczonego na niniejszą recenzję. Powiem tak: najważniejsze, co może podobać się na „Round Midnight” to po prostu atmosfera i niesamowity duch muzyki Moongarden. Jest ona gęsta, mroczna, ale przecież nie pozbawiona przepięknych solówek (gitara w „Lucifero” – palce lizać!!!) i świetnych melodii. Słucha się jej przewspaniale. Z jednej strony brzmi ona bardzo nowocześnie, a chwilami wręcz nowatorsko, a z drugiej – mocno osadzona jest ona w starej dobrej tradycji włoskiego rocka lat 70. Słychać w niej i genesisowską delikatność, i drapieżność Metalliki. Źródeł inspiracji jest zresztą zdecydowanie więcej. Te najistotniejsze to oczywiście Genesis, klawiszowe klimaty w stylu Tony Banksa (Christiano Roversi) i fenomenalne gitarowe palcówki w stylu Anthony Phillipsa (David Cremoni). Ale gitara potrafi zabrzmieć też mocniej i drapieżnie (wstęp do „Learning To Live Under The Ground”). Z „Round Midnight” z łatwością można też wysnuć paralele do twórczości Porcupine Tree, Jeffa Buckleya, a nawet Pendragonu. To po prostu płyta będąca przewspaniałą mieszanką wielu różnych inspiracji zebranych w całość w niesamowicie umiejętny sposób. W rezultacie daje to efekt niezwykłej świeżości, nowości i oryginalności. Ta muzyka smakuje jak pierwsza truskawka na wiosnę, koi niczym letnia bryza w upalny dzień, rozgrzewa niczym łyk gorącej herbaty w mroźny zimowy wieczór. Nie wiem dokładnie który to album w dorobku Moongarden. Niedawno w przepastnych czeluściach mojej płytoteki odkurzyłem płytę „Moonsadness” sprzed 10 lat. Brzmi ona całkiem nieźle, choć daleko jej do maestrii „Round Midnight”. A przecież dzisiejszy Moongarden to już zupełnie inny zespół. Z nowym wokalistą Lucą Paleschim (posłuchajcie tylko jego karkołomnych partii w „Wounded”) oraz nową sekcją rytmiczną (Max Sorrentini – dr, Mirko Tagliasacchi – bg) zespół zdecydowanie wzniósł się na wyżyny najdoskonalszych progrockowych produkcji ostatniego okresu.
MLWZ album na 15-lecie