D Project

Kosmodome - Kosmodome

Artur Chachlowski, Kosmodome - Kosmodome

To nieprawdopodobne jak prężna jest norweska scena muzyczna. Niesamowita jest też umiejętność managerów wytwórni Karisma Records w wynajdywaniu takich talentów i promowaniu ich na swoich wydawnictwach. Bo oto pod skrzydłami tej oficyny wydawniczej debiutuje właśnie grupa o nazwie Kosmodome - wschodząca gwiazda nordyckiego rocka, która niebawem – piszę to z całą pewnością - zachwyci uszy i umysły słuchaczy swoim psychodelicznym brzmieniem utrzymanym w klimacie rocka przełomu lat 60. i 70.

Grupę Kosmodome wymyśliło dwóch braci Sandvik: Sturle gra na gitarach i śpiewa, a Severin zasiada za zestawem perkusyjnym. Do swojego zespołu dokooptowali jeszcze basistę i gitarzystę i w czteroosobowym składzie nagrali bardzo ciekawą płytę. Ich muzyka to tradycyjny rock oparty na chwytliwych riffach z elementami stoner rocka, a wszystko to zawieszone jest w progresywno-psychodelicznej stylistycznej mgiełce, co daje efekt zgoła znakomity. Melodyjna magia, retrospektywne brzmienie oraz wszechobecna psychodelia – te trzy elementy przewijają się w każdym z ośmiu wypełniających program tego debiutu utworów. I pojawiają się od pierwszych dźwięków krótkiego intro „Enter The Dome”, z którego wyłania się pierwszy właściwy utwór pt. „Retrograde” zabierający słuchacza w świat surowych, lecz jakże czarownych dźwięków. A zaraz po nim pojawia się świetny singlowy „Hypersonic”. A po nim zaskakujący, bo subtelnie zahaczający o karaibskie klimaty, „Deadbeat”. No, a potem następuje mocne uderzenie w postaci dwóch części kompozycji „Waver”. Łącznie tworzą one 11-minutową muzyczną platformę wypełnioną rozpędzonymi dźwiękami i hipnotycznym klimatem. Jest jeszcze w tym zestawie niezwykle efektowy utwór zatytułowany „The 1%”. To bardzo wyważone i nurtujące swoim nastrojem nagranie mogące oczarować chyba każdego odbiorcę. Tak dzieje się przez trzy kwadranse aż po godne finałowego miejsca na tym albumie dziewięciominutowe nagranie „Orbit”. A przez cały czas w powietrzu unosi się duch dokonań Motorpsycho, Black Mountain czy Lizzard Wizzard. Nie znaczy to wcale, że Sturle i Severin kompozytorsko bezmyślnie czerpią ile się da od swoich starszych kolegów. Nie. Te trzy nazwy wymieniłem tylko po to, by można było łatwo złapać poziom referencyjny. Kosmodome dodaje sporo od siebie. I w tym właśnie widzę (słyszę!) prawdziwą wartość dodaną w ich muzyce.

Bracia Sandvik mieszkają w Bergen, gdzie – jak wiadomo – panuje idealny klimat do takiego właśnie grania. Wróżę im spory sukces i wiem, że ich pierwszy album „Kosmodome” jest dopiero wstępem do tego, co w ich muzycznym życiu wydarzy się niebawem. Wiem też, że słuchacze o szeroko otwartych uszach nie pozostaną wobec ich muzyki obojętni. Bo ten energiczny, chwytliwy i uduchowiony rock a’la Kosmodome to rzecz naprawdę sporego kalibru. To debiut, na który trzeba zwrócić uwagę.

MLWZ album na 15-lecie