Bainbridge, Dave - To The Far Away

Artur Chachlowski, Bainbridge, Dave - To The Far Away

Jeżeli ktoś raz usłyszał grupę Iona i jeżeli choć trochę docenił twórczość tej brytyjskiej formacji, która zakończyła swoją działalność prawie 10 lat temu, to powinien szybko  rozglądnąć się za nowym solowym albumem gitarzysty tego zespołu, Dave’a Bainbridge’a. Niedawno zachwycaliśmy się jego wirtuozerskimi partiami gitar na bardzo udanej płycie „Altitude” grupy Lifesigns, w której składzie nasz bohater znalazł sobie ostatnio muzyczną przystań. Teraz powraca jako artysta solowy przedstawiający skomponowany przez siebie materiał, który utrzymany jest w duchu i klimacie gatunku, jaki jest mu zdecydowanie najbliższy i w jakim czuje się jak ryba w wodzie: celtyckim rocku progresywnym.

Dudy, gwizdki, skrzypce, altówki i wiolonczele obsługiwane są przez najwybitniejszych instrumentalistów wywodzących się także z grupy Iona, Franka van Essena i Troya Donockleya (obecnie Nightwish). Dave Bainbridge gra na wszystkich innych rockowych instrumentach za wyjątkiem sekcji rytmicznej. Klawiszowe partie w wykonaniu Dave'a są mistrzowskie – czasem delikatne i melancholijne, innym razem gęste i absolutnie olśniewające. Jego gitary oraz mandoliny brzmią pięknie i wspaniale służą skomponowanej przez niego muzyce, a trzeba podkreślić, że jego gra na gitarze, jak zawsze zresztą, jest doprawdy imponująca. Czuć w niej prawdziwy ogień. Do śpiewania Dave zaprosił żeńsko – męski duet: Sally Minnear (to córka charyzmatycznego członka Gentle Giant, Kerry Minneara) – Iain Hornal (to z kolei wokalista w najnowszym wcieleniu 10cc).

Taka konstelacja muzycznych gwiazd nie mogła nagrać słabego albumu. W rzeczy samej, „To The Far Away” to płyta nie tylko bardzo długa (ponad 70 minut!), ale i bardzo udana. Z całą pewnością to najściślejsza czołówka celtyckiego rocka ostatnich lat. Epicka, marzycielska i pompatyczna. Wycyzelowana i dopieszczona pod każdym względem. Uduchowiona (co ma swoje odbicie w tekstach poszczególnych utworów), wykonana z największą starannością i zagrana z ogromnym wyczuciem. I prawdziwym polotem.

Wspomniane +70 minut podzielonych jest na trzynaście płynnie powiązanych i zgrabnie zazębiających ze sobą muzycznych tematów. Wszystko to po to, by słuchać tej płyty w całości, jak filmowego soundtracku, i nie koncentrować się wyłącznie na jej poszczególnych fragmentach. Tak było kiedyś w przypadku wszystkich studyjnych płyt Iony, tak też jest i teraz. Bainbridge uwielbia długie i rozbudowane formy muzyczne, misterne budowanie nastroju, częste zmiany klimatu, epicką atmosferę majestatycznego muzycznego misterium. W taką właśnie formę układają się dźwięki wypełniające ten absolutnie zachwycający album…

Nie zamierzam rozpisywać się linearnie o każdym kolejnym fragmencie tej płyty. Ale dla potrzeb tej recenzji wspomnę przynajmniej o kilku momentach, na które warto zwrócić uwagę. Już samo otwarcie w postaci tematu „Sea Gazer” robi przeogromne wrażenie. Ciarki momentalnie pojawiają się na plecach, gdy do naszych uszu dochodzą te magiczne dźwięki.  „The Girl And The Magical Sky” to ośmiominutowe tour-de-force nie tylko z Dave'em i jego melodyjnymi gitarami w centrum uwagi, lecz także z zadziwiającymi perkusyjnymi przejściami w wykonaniu van Essena, dynamiczną pracą basu Jona Poole'a (z grupy Lifesigns) i pięknymi wokalizami Sally Minnear. Najdłuższa na płycie kompozycja „Ghost Light” (14 minut 12 sekund) to prawdziwa progresywna epopeja zaczynająca się od cicho zawodzącej gitary, do której po chwili dołącza krystalicznie czysty wokal Sally, a zaraz po tym intro pojawia się Iain Hornel, by z każdą minutą ich harmoniczny duet wokalny oraz instrumentalizacja stawały się coraz pełniejsze i bogatsze. Utwór ten przechodzi przez wiele krętych zawijasów i, typowych dla progrockowego ujęcia tematu, zmian tempa i linii melodycznych, przez cały czas utrzymując jednak ładunek emocjonalny na bardzo wysokim poziomie.

Klimat nagrania „Clear Skies” rozpościera się od eterycznych pastelowych pasaży po pełną rozmachu epickość znajdującą swoje ujście w  finałowej, wściekle progrockowej sekcji, która przywodzi na myśl patetyczne zakończenia kompozycji The Neal Morse Band. Kompozycja „Infinitude (Region Of The Stars)” brzmi jakby była częścią klasycznej symfonii wykonywanej w filharmonii. Na płycie często dominuje klimat majestatycznego, celtyckiego, niemal filmowego piękna. Szczególnie w takich utworach, jak „As Night Falls”, tytułowym „To The Far Away” i innych instrumentalach, Bainbridge i towarzyszący mu muzycy malują dźwiękiem żywe obrazy, przenosząc słuchacza na odległe brzegi kojarzące się z nieograniczoną przestrzenią i bezkresem morskiego krajobrazu.

No właśnie, od początku do końca na płycie „To The Far Away” przewijają się dźwięki oceanu i innych naturalnych odgłosów przyrody. Szum morza jest silnym, żywiołowym rdzeniem albumu, podkreślając przestrzeń, odległość i czas – a więc autobiograficzne elementy, które pojawiły się w balladowym utworze „To Gain The Ocean”. Opisuje on długie rozdzielenie Dave’a z bliskimi wskutek pandemii, która na długie miesiące postawiła Dave’a i jego ukochaną po dwóch stronach oceanu:

“Three thousand miles across the ocean

There my love lies, awaiting me 

I reach out to touch her fading image

Longing to hold her next to me”.

Utwór zamykający te płytę, instrumentalny temat zatytułowany „Something Astonishing”, brzmi wyjątkowo dostojnie – to zacny finał idealnie pasujący jako zakończenie tego wielkiego muzycznego dzieła. Niczym wzniosłe postludium ponownie odbija się echem w dźwiękach bezkresnego oceanu.

Jako wisienkę na tym smakowitym muzycznym torcie należy potraktować bonusowy dysk dołączony do podstawowej płyty z alternatywnymi ujęciami niektórych tematów, improwizacjami oraz demami… Jednym zdaniem, to dodatkowa godzina wybornej muzyki na deser po wysłuchaniu tej fenomenalnie brzmiącej płyty.

MLWZ album na 15-lecie