Reed, Robert - The Ringmaster Part One

Artur Chachlowski, Reed, Robert - The Ringmaster Part One

Nowy album Roberta Reeda jest kontynuacją udanej serii trzech albumów wydanych przez niego pod wspólnym tytułem „Sanctuary”. Do współpracy Rob ponownie zaprosił słynnego producenta Toma Newmana (m.in. „Tubular Bells” Mike’a Oldfielda) i multiinstrumentalistę Lesa Penninga (w przeszłości także współpracownika Mike’a Oldfielda). Ponadto za zestawem perkusyjnym mamy Simona Phillipsa, a na dudach i innych ludowych celtyckich instrumentach gra nie kto inny, a Troy Donockley.

Ten prawdziwie gwiazdorski ‘dream team’ zrealizował materiał zatytułowany „The Ringmaster”, który ukaże się w dwóch częściach: pod koniec października pojawiła się pierwsza, a druga ujrzy światło dzienne w styczniu 2022 roku. „The Ringmaster Part One” ukazał się w wersji trzypłytowej (2CD/DVD) i na krążku DVD zawiera oszałamiający miks dźwięku przestrzennego 5.1, wywiady i filmy promocyjne oraz drugą płytę audio z dodatkowymi utworami („Glamarocko” i „Glencoe”) oraz alternatywnym miksem albumu dokonanym przez producenta Toma Newmana.

Jakie jest to najnowsze dzieło Roberta Reeda? W największym skrócie powiem tak: „The Ringmaster - Part One” rozpoczyna się dokładnie tam, gdzie Reed zakończył w 2018 roku album „Sanctuary III”. Ogólniej, na swoim nowym krążku Reed kontynuuje drogę, jaką obrał ze swoim trzyczęściowym eposem „Sanctuary”. Wszyscy znają fascynację tego artysty twórczością, a przede wszystkim grą na gitarze, Mike'a Oldfielda. Dodajmy do tego liczne folkowe elementy, etniczne chóry, przestrzenny dźwięk, brzmienia pełne akustycznych niuansów, bajkowe głosy Anghard Brinn, Micaeli Haslam i Heather Cairncross, narracje Lesa Penninga, efekty nowych poszukiwań (m.in. gitara w „The Defeated Army” brzmi jakby to Peter Green grał słynnego „Albatrossa”) i będziemy mieli obraz całości. Całości, nad którą ponownie unosi się wszechobecny duch muzyki Oldfielda, nad którą panuje wielki epicki rozmach, a wszystko to  – włączając pełne dźwiękowych smakołyków (świetny cyfrowy przestrzenny miks Surround 5.1) oraz projekt graficzny (zwróciliście uwagę na niebieskie motyle? To kolejne mrugnięcie okiem w stronę Oldfielda – vide okładka płyty „Platinium”) – stanowi niezwykle smakowity zestaw dla audiofilów.

Cieszmy się więc tą kolejną wspaniałą płytą tego walijskiego artysty. Słuchajmy jej często i uważnie. Często, bo brzmi doskonale i sprawdza się wręcz idealnie w tym przedświątecznym okresie. A uważnie - dlatego, że warto szybko nacieszyć swe uszy tymi magicznymi dźwiękami i brzmieniowymi smaczkami. Za kilka tygodni będziemy się radować zupełnie nową porcją Oldfieldowskich kompozycji  Reeda.

MLWZ album na 15-lecie