Morse, Neal - ? (The Question Mark)

Artur Chachlowski,
ImageNowy album ex – lidera Spock’s Beard? Wiem, że aż trudno w to uwierzyć. Przecież zaledwie rok temu ukazała się jego poprzednia „rockowa” płyta „One”. W międzyczasie zdążył on wydać dwa „religijne” albumy „Lead Me Lord” i „God Won’t Give Up”, a także uczestniczył w realizacji charytatywnego wydawnictwa „The Tsunami Projekt”. A tu niespodziewanie ukazuje się  nowiuteńki  krążek wypełniony 12 utworami, połączonymi ze sobą w jedną, blisko godzinną całość. Nagrany przy współudziale nie byle jakich gwiazd, bo obok Neala Morse’a grają tu jeszcze jego brat Alan (Spock’s Beard), Mike Portnoy i Jordan Rudess (obaj z Dream Theater), Steve Hackett (ex-Genesis), Roine Stolt (The Flower Kings) oraz Randy George (Ajalon). Właściwie to brak tu tylko Pete’a Trewavasa z Marillionu, by pokusić się o stwierdzenie, że nieomal doszło do reaktywacji słynnego Transatlantica. Lecz muzyka z nowej płyty Morse’a jest nieco inna niż dwa niezapomniane albumy tej supergrupy. Zatytułowany lakonicznie „?” album pełen jest biblijnych cytatów, co nie powinno dziwić słuchaczy śledzących ostatnie życiowe wybory autora. I chociaż sama płyta ma formę jednej, długiej suity z płynnie przechodzącymi w siebie utworami, z mnóstwem powracających tematów, to pierwotnie jako całość może odrobinę rozczarować. Przynajmniej przy pierwszym, a nawet kilku pierwszych przesłuchaniach. Neal po prostu niczym nie zaskakuje. Płyty „?” słucha się jakby to był kolejny album starego Spock’s Beard. Dopiero po jakimś czasie dowiadujemy się o niej całej prawdy. Neal po prostu nikogo i niczym nie chce zaskakiwać. Najzwyczajniej w świecie gra swoją muzykę, a więc pełną wspaniałych melodii, epickiego rozmachu, starannych aranżacji i beatlesowskiej lekkości. Początkowo wydawało mi się, że „?” jest stosunkowo nudnym jednym wielkim autocytatem z dotychczasowej twórczości Morse’a, z tym, że druga część płyty wydawała mi się ciekawsza od jej początku. Po jakimś czasie zmieniłem jednak zdanie. Podoba mi się nie tylko zakończenie. Zrozumiałem. Odkryłem, że Nealowi przecież o to właśnie chodzi. Nie warto przecież silić się na jakieś udziwnienia i poszukiwanie na siłę jakichś zmian. Aby jak najlepiej wyrażać swe uczucia prawdziwy artysta musi być szczery. Kompozytor powinien pisać, a muzyk powinien grać tak, jak podpowiada mu serce. I dokładnie tak robi to Neal Morse. W każdej sekundzie płyty „?” słychać, że ta muzyka płynie prosto z serca, że Neal idealnie wyraża za jej pomocą samego siebie. A w dodatku odkryłem wreszcie, że dwa utwory: „In The Fire” oraz „Solid As The Sun”, które na początku podobały mi się najmniej, a nawet nieco drażniły, teraz gdy cały album znam już niemal na pamięć, wydają mi się najpiękniejszymi muzycznymi perełkami, które ujrzały światło dzienne w 2005 roku. Taka właśnie jest ta płyta. Pełna tytułowych znaków zapytania. A najpiękniejsze jest w niej to, że po uważnym wysłuchaniu całości znajdujemy wszystkie potrzebne odpowiedzi.
MLWZ album na 15-lecie