Flower Kings, The - By Royal Decree

Olga Walkiewicz, Flower Kings, The - By Royal Decree

The Flower Kings są już na scenie muzycznej ponad ćwierć wieku. Brzmi to niesamowicie i trzeba przyznać, że przez te wszystkie lata zespół ugruntował sobie solidną pozycję w panteonie progresywnych gwiazd. Upływający czas to nie tylko imponujący dorobek fonograficzny, ale też zmiany: personalne, ewoluowanie stylu, poszukiwanie nowych środków i form. Jest jednak coś w brzmieniu The Flower Kings, co stanowi o ich specyficzności, rozpoznawalności, co jest niczym linie papilarne lub wzór siatkówki – niezmienne i charakterystyczne. I właśnie to coś kocham w nich najbardziej. Ten znak szczególny zapisany na pięcioliniach, fragment muzycznego genomu zawieszony w cytoplazmie dźwięków. Wrota mojego serca zawsze były szeroko otwarte na każdą płytę, jaka wychodziła pod ich szyldem, dlatego z niebywałym entuzjazmem przyjęłam wiadomość o nowym, już piętnastym, albumie w dyskografii grupy.

„By Royal Decree” to album bardzo długi, osiemnaście utworów na dwóch dyskach, ponad dziewięćdziesiąt minut muzycznej podróży w towarzystwie władców kwiatowego królestwa. Tak, to niebywałe wyzwanie. Dlaczego? To proste. Ażeby uchwycić całe piękno tej muzyki, trzeba mieć dużo czasu, wtopić się w nią, scalić duszą i ciałem.

Parę słów o muzykach. Od czasu albumu „Islands” (2020) oficjalny skład grupy zasilił ponownie drugi basista, brat Roine’a, Michael Stolt - jeden z założycieli, który opuścił zespół w 1999 roku. Pojawia się też ponownie mistrz instrumentów perkusyjnych – Hasse Bruniusson. Poza tym niezmiennie na czele „kwiatowego okrętu” stoi Roine Stolt w towarzystwie swoich zasłużonych kompanów: Hasse Fröberga, Jonasa Reingolda, Mirko DeMaio i Zacha Kaminsa. Nie brakuje tu zaproszonych gości, wśród których jest Jonas Lindberg, Rob Townsend, Aliaksandr Yasinski i Jannica Lund. Warto też zwrócić uwagę na bajkową okładkę autorstwa Kevina Sloana. Pawie o tęczowych piórach, sowa, małpka trzymająca symbol upływającego czasu - zegarek, obfitość soczystych owoców, majestatyczne łabędzie sunące po tafli stawu. Można tu doszukiwać się symboliki miłości, piękna, mądrości, spokoju wplecionego w machinę umykającego życia lub potraktować ten obraz jak scenę rodzajową w klimatach art deco. Taka dygresja na tematy plastyczne…

Wracając do muzyki… Album otwiera promujący go wcześniej na singlu utwór „The Great Pretender”. „Open your eyes. Youre state of denial. Not a time to hide from the world that’s frightening. Find the way to get back...” - lubię głos Hasse – lekko matowy, splatający się w środkowej części z pastelowym wokalem Roine’a. Wszystko w szkatule dźwięków budowanej w sposób precyzyjny, na klawiszowym fundamencie. Ten utwór to „przebojowe” wejście do „kwiatowego królestwa”. Na „By Royal Decree” nie ma skomplikowanych struktur symfonicznych, nie ma patosu. Są utwory, piosenki, gdzie środek ciężkości przesunął się w kierunku lżejszej formy, subtelnych rozwiązań i melodyjności. Oczywiście nie brak tu doskonałych, wirtuozerskich sekwencji, jak chociażby gitarowe solówki w „World Gone Crazy”, „A Million Stars” czy „Revolution”. Lekkość w miejsce wysublimowanej egzaltacji. Zmysłowość zamiast Wagnerowskich kwiecistości. To wyraz uproszczenia tego, co zbyt podniosłe w swojej naturze. Co schodzi z wyżyn majestatu do radosnej pieśni. Dużo tu pięknych melodii. Magnetyzujących swoim subtelnym szeptem. Chociażby „Revolution” ze swoim początkiem utkanym z renesansowego światła, klawesynowy wstęp w „Silent Ways” czy subtelność „Moth”. Bogate instrumentarium z niesamowitą partią saksofonu w „Blinded” czy „The Big Funk” dodaje dyskretnego uroku albumowi jako całości. I jeszcze jeden ukryty promień księżyca. Skarb pomiędzy krawędzią jawy a snem. Brylant błyszczący nieskalanym blaskiem - „Shrine”. Moje ukochane fortepianowe maleństwo. Sen z moich snów. Trwa niewiele ponad minutę, a jest kawałkiem nieba. Czasem lubię rozkładać utwory na części składowe. Analizować linie poszczególnych instrumentów. To niesamowite doświadczenie. Jak rozdzielanie promienia światła w pryzmacie myśli. To daje świadomość jak piękne są struktury tych kompozycji. Jak są one wartościowe i niełatwe, ale niezmiernie kuszące w każdym takcie i frazie.

Piękny album. Ale trzeba mu poświęcić parę chwil swojego żywota, aby dostrzec to, co w nim najbardziej smakowite. W chwili gdy to piszę, wybrzmiewają ostatnie dźwięki „By Royal Decree”… Jak ostatnie westchnienie…

MLWZ album na 15-lecie