Walle, Rune & Alstadhaug, Gunn - Byrdie's Dream

Artur Chachlowski, Walle, Rune & Alstadhaug, Gunn - Byrdie's Dream

Rune Walle i Gunn Alstadhaug to małżeństwo, które swoimi nazwiskami firmuje płytę zatytułowaną „Byrdie’s Dream”. Ukazała się ona nakładem norweskiej wytwórni płytowej Apollon Records i moim zdaniem jest ona jednym z najbardziej nietypowych i chyba najbardziej zaskakującym krążkiem pochodzącym z tej oficyny wydawniczej.

Rune gra na gitarze, mandolinie, banjo, harmonijce ustnej, a także śpiewa – solo, na zmianę i w duetach z żoną Gunn. Ich muzyczna współpraca sięga jeszcze lat 90., kiedy działali razem na różnych rockowych scenach norweskiego Bergen. Nic dziwnego, że trafili pod skrzydła mieszczącej się tam renomowanej wytwórni Apollon, choć przyznam szczerze, że repertuar, z jakim mamy do czynienia na płycie „Byrdie’s Dream”, która – co ciekawe – jest ich wspólnym debiutem, wydaje się wielce zaskakujący.

O ile całość rozpoczyna się od stosunkowo rockowego (a właściwie poprockowego) nagrania „Hey Byrdie” i zaraz po nim znajduje się wydany na singlu przebojowy utwór „Lynx”, to im dalej w las tym robi się coraz bardziej niespodziewanie, by nie rzec, że dziwnie: małżeński duet Rune i Gunn wyraźnie oscyluje w kierunku folka, a nawet muzyki… country!

Cała płyta wydaje się mocno zainspirowana dorobkiem zespołów Fairport Convention i The Byrds, tu i ówdzie, jak w utworach „Away In The Wilderness”, „Fools Gold” czy „Darling”, pojawiają się wyraźne ślady inspiracji twórczością Grama Parsonsa i Emmylou Harris. Na szczęście nie jest tak we wszystkich fragmentach tej niedługiej (niespełna 38 minut) płyty. Duet czerpie też z bogatego doświadczenia muzycznego Rune Walle, który na przestrzeni lat działał w takich grupach, jak Oriental Sunshine, Saft, Hole In The Wall, Flying Norwegians czy Ozark Mountain Daredevils. Dlatego w drugiej części tego albumu robi się o wiele mroczniej, psychodelicznie, a nawet hippisowsko-odlotowo. W utworach „Signs Mock Me”, „Dead Dog” i „Big Lonely” przypomina się muzyczna epoka dzieci-kwiatów i słychać, że Rune i Gunn uwielbiają wracać do swoich korzeni, młodzieńczych lat i fascynującej kontrkultury, która, jak się okazuje, potrafiła na długie lata zainspirować twórców pod każdą szerokością geograficzną.

Podsumowując zatem, nie jest to album, na którym zajdziecie epickie instrumentalne partie wypełnione strzelistymi partiami gitar czy efektownymi ścianami dźwięków instrumentów klawiszowych. Nie jest to żaden nowoczesny prog, a tym bardziej daleko tej płycie do kategorii ‘neoprogress’. Niemniej słucha się tych utworów z niekłamaną przyjemnością. Choć po prawdzie sam na początku zastanawiałem się czy, gdyby nie logo Apollon Records na okładce, w ogóle zatrzymałbym się przy tym krążku na dłuższą chwilę? Ale posłuchałem raz i drugi, i muszę przyznać, że „Byrdie’s Dream” z pewnością do banalnych czy tuzinkowych płyt nie należy.

MLWZ album na 15-lecie