Tiger Moth Tales - A Song Of Spring

Artur Chachlowski, Tiger Moth Tales - A Song Of Spring

Peter Jones. Muzyk, którego bardzo lubimy, cenimy jego dorobek i podziwiamy za to w jak wspaniały sposób swoje kalectwo (w wyniku choroby nowotworowej stracił w dzieciństwie wzrok) potrafi przekuć na poruszające symfoniczno-rockowe produkcje świadczące o jego niebywałym talencie oraz swoistym „siódmym zmyśle”, jakim cechuje się on jako artysta, którego znamy z zespołów Camel, Red Bazar, Cyan, Colin Tench Band, Barock Project i wielu, wielu innych.

Peter działa też, a właściwie przede wszystkim, pod utworzonym przez siebie szyldem Tiger Moth Tales, którego wszystkie płyty recenzujemy na bieżąco na naszych łamach (pierwsza, „Cocoon” ukazała się w 2014 roku, a do niedawna ostatnia, „The Whispering Of The World” - pod koniec 2020r.).

Za oknem i w kalendarzu już wiosna, więc nic dziwnego, że przed kilkoma dniami ukazała się płyta o prawdziwie wiosennym tytule – „A Song Of Spring”. To bardzo optymistyczny album. Taki jak rozpoczęta właśnie pora roku. I właściwie już od pierwszych dźwięków (fantastyczny genesisowski motyw otwierający płytę) i od pierwszego utworu „Spring Fever” w nowej muzyce Tiger Moth Tales czujemy budzącą się przyrodę, radość z coraz dłuższych i cieplejszych dni oraz unoszący się w powietrzu optymizm związany z nowym życiem. „Spring Fever” to naprawdę mocne otwarcie tego albumu i wydaje mi się, że o utworze tym na pewno będziemy pamiętać w kontekście najważniejszych nagrań z kręgu progresywnego rocka AD 2022.

Kompozycja oznaczona indeksem 2 – „Forester” - to kolejny bardzo mocny punkt programu tego albumu. Opowiada o walce dobra ze złem. To utrzymana w duchu fantasy historia trójki dzieci przeżywających przygodę w fantastycznym świecie, w którym spotykają strażnika i obrońcę lasu, tytułowego Leśnika. Ileż tu wspaniałych pasaży granych na syntezatorach, ileż wspaniałych wstawek zagranych na gitarze akustycznej i flecie, ileż cudownych gitarowych dźwięków skupionych w finezyjnie zagranej solówce, która wydaje się wypadkową inspiracji stylem Andy Latimera, Gary Moore'a i Steve'a Hacketta. Jones to artysta niebywale utalentowany, prawdziwa instrumentalna (a także wokalna!) bestia, która pod każdym względem radzi sobie tak zręcznie i umiejętnie, że u odbiorcy budzi się zachwyt każdą graną przez niego pojedynczą nutą i frazą. Wspaniała kompozycja!

Nieco trudniejsza, wymagająca kilku podejść i głębszej uwagi, jest najdłuższa na płycie kompozycja „Dance ‘til Death”. To luźna wariacja na temat „Święta wiosny” Strawińskiego, a zarazem rzecz o prymitywnych rytuałach celebrujących nadejście wiosny, w których młode dziewczęta zostają wybrane na ofiarę i tańczą na śmierć… To najtrudniejszy utwór w całym zestawie nowych nagrań Tiger Moth Tales. Ale dokładne wgryzienie się w jego strukturę opłaca się – otrzymujemy nagrodę w postaci naprawdę fascynującej muzycznej opowieści, która nabiera swojej mocy wraz z każdym kolejnym przesłuchaniem. Jones jak zwykle czaruje swoim modulowanym głosem, niesamowitą ekspresją, harmonicznym śpiewem, polifonicznymi chórkami oraz kaskadą niesamowitych, często bardzo zaskakujących pomysłów.

Utwór nr 4 to „Holi”. Jest to efekt współpracy z Johnem Holdenem, który napisał tekst zainspirowany hinduskim Festiwalem Miłości, znanym również jako Święto Kolorów lub Wiosny. To radosny, przesiąknięty afirmacją życia, temat wypełniony egzotycznymi dźwiękami z Indii, z obfitością sitarów, strzelistych klawiszy i przewspaniałej melodyjności. Jest to jedna z jedna z trzech stosunkowo krótkich piosenek na płycie, umieszczonych kolejno obok siebie w połowie tego albumu. Dzięki takiemu zabiegowi całość nabiera żywszego tempa, szybko przyciąga i przykuwa uwagę słuchacza, tym bardziej, że zarówno akustyczny „The Goddess And The Green Man” (to kolejna na tej płycie bajkowa apoteoza wiosny podkreślająca temat nowych narodzin i powtarzającego się cyklu życia), a zwłaszcza bardziej żywiołowy i humorystyczny „Mad March Hare” (pamiętacie przypowieść o koziołku i trollu z płyty Story Tellers Part One” czy wesołego wikarego z „Cocoon”? „Mad March Hare” utrzymany jest w podobnym klimacie) wydają się zdecydowanie różne od tego wszystkiego, co zazwyczaj kojarzymy z muzyką Petera Jonesa. Różne, odmienne, a zarazem fascynujące. I to do tego stopnia, że ręce same składają się do oklasków.

Nie ma jednak czasu na ochy i achy, bo oto od dynamicznie rozpędzonych dźwięków (świetny rockowy riff, z Jonesem świetnie grającym na gitarze i basie oraz finezyjnie zaprogramowaną perkusją i licznymi efektami specjalnymi) rozpoczyna się najlepsze moim zdaniem nagranie na płycie – „Rapa Nui”. To fascynująca historia o Wielkanocnej Wyspie przekazywana z punktu widzenia odkrywców – członków załogi statku holenderskiego kapitana Jacoba Roggeveena, którzy odkryli Wyspę Wielkanocną w Niedzielę Wielkanocną 1722 roku. To prawdziwie epicka historia o skazanej na zagładę egzystencji rdzennej ludności zamieszkującej malutką wysepkę na Oceanie Spokojnym, której wciąż niezbadane dziedzictwo przemawia do wyobraźni m.in. tajemnicą posągów Moai. Sama muzyka celnie oddaje charakter morskiej wyprawy i podkreślona jest napędzającym riffem i melodią, która w środkowej części przechodzi do bardzo egzotycznych dźwięków, po sekwencji których następuje wyborna sekcja prawdziwie progresywno-rockowych brzmień. To utwór, w którym po raz kolejny ujawnia się niebywały talent wokalny i instrumentalny Jonesa i który powinien zostać oprawiony w ramki i powieszony na ścianie jako wzorzec wszystkiego tego, co we współczesnym (czytaj: nowoczesnym) prog rocku najlepsze, najpiękniejsze i najwspanialsze.

Zasadniczy program płyty kończy się wzruszającą i piękną piosenką o mocy uzdrawiania, która tkwi w Świetle. W „Light” Jones przy niewielkiej pomocy gościnnie pojawiającego się na chwilę Andy Latimera z grupy Camel (wykonuje on niesamowicie finezyjne gitarowe solo), w przekonywujący sposób opowiada o tym, że każda wiosna przynosi poczucie uzdrowienia. Potrafi wyleczyć z każdej najbardziej bolesnej straty. Dzięki niej, dzięki światłu, które ze sobą niesie można iść dalej, do przodu, być wdzięcznym za koniec ciemności i za koniec zimy. Wiosna w parze z muzyką może każdemu przynieść prawdziwe ukojenie:

„Mówiłem do siebie, bo nie ma nikogo innego

Kto naprawdę rozumie, jak się czuję, tak jak kiedyś…

Teraz zima odeszła i nadeszła wiosna,

Daje nam światło, przywraca nam nowe życie”.

Muzycznie to jedna z najlepszych piosenek, jakie kiedykolwiek ukazały się na płytach Tiger Moth Tales. Utrzymana po części w stylu starego Genesis, a także dojrzałych nagrań grupy Big Big Train, kończy ten afirmujący życie album pozytywną nutą, podnoszącymi na duchu, poetyckimi słowami oraz magicznymi dźwiękami…

Jest jeszcze dodatkowy „ukryty utwór” – pojawia się on około minuty po „Light”. To oszałamiający kawałek utrzymany w stylu jazz fusion z Jonesem szalejącym na wszelkiej maści dęciakach (od fletów prostych i gwizdków po saksofony). To znowu Tiger Moth Tales, jakiego do tej pory nie znaliśmy. Jazzowe granie, które dla jednych będzie szokiem, a dla innych okaże się kolejnym dowodem na muzyczną wszechstronność i otwartą głowę naszego bohatera.

Jak podsumować tę urokliwą płytę? Nie ma sensu rozpisywać się zbyt długo. Właściwie wszystkie potrzebne słowa padły już podczas opisywania poszczególnych kompozycji. Dodam tylko tyle: na „A Song Of Spring” jednoosobowa orkiestra Petera Jonesa wzniosła się na prawdziwe wyżyny. Nie tylko w kontekście własnych dokonań, lecz w ogóle - w historii progrockowego gatunku. Ta płyta z pewnością przejdzie do historii. A właściwie wydaje się, że już przeszła….

Podobno jedna jaskółka wiosny nie czyni, ale TAKA płyta z pewnością już tak…

MLWZ album na 15-lecie