Tears For Fears - The Tipping Point

Maciek Lewandowski, Tears For Fears - The Tipping Point

Magiczna liczba 18, kojarząca się automatycznie z końcem dzieciństwa i początkiem dorosłości… Pomimo przekroczenia taj granicy, te 18 lat zawsze w nas żyje, kształtuje nas jako ludzi. To właśnie w dzieciństwie upatruje się wszystkiego, co ma wpływ na naszą osobowość i charakter w dorosłym życiu. Doskonale wiedzieli o tym już w 1981 roku, jeszcze jako nastolatkowie, Roland Orzabal i Curt Smith, kiedy zakładali jeden z najbardziej rozpoznawalnych duetów tamtej epoki - Tears For Fears. Przepełnieni młodzieńczym niepokojem i jeszcze nieobarczeni psychoterapią, nazwali swój zespół frazą zaczerpniętą z teorii amerykańskiego terapeuty i psychologa, Arthura Janova. Był on pionierem pierwotnej terapii krzykiem, a jego teoria zachęcała pacjenta do wyładowania emocji w postaci krzyku, czegoś co miało być regresją do poziomu dziecka. To właśnie w dzieciństwie Janov upatrywał korzeni wszelkich traum. Ich wyładowanie za pomocą następujących po sobie emocji (bezsilność, wściekłość, lęk), określał „podstawowym pierwotnym krzykiem i płaczem”, a jego terapia miała prowadzić filialnie do pozbycia się jakiegokolwiek uczucia bólu…

Tears For Fears zakamuflowali część swojego psychicznego cierpienia za pomocą krzykliwych syntezatorów i pikantnych melodii, kombinacji, która stłumiła melancholijne podteksty ich pierwszego brytyjskiego hitu "Mad World". Jednak sam tytuł ich debiutu z 1983 roku, „The Hurting”, jasno pokazał, że podjęli wrażliwe i emocjonalne kwestie w sposób, w jaki nie zrobiła tego większość ich nowofalowych rówieśników. Chyba nie ma osoby, która żyjąc w latach osiemdziesiątych, nie potrafiłaby zanucić ich największych hitów "Shout" i "Everybody Wants to Rule the World", które to osiągnęły numer jeden na legendarnej liście Billboard Hot 100.

Na ich najnowszy album „The Tipping Point” musieliśmy czekać aż… 18 lat! Od pierwszego odsłuchu czuje się, że jest on duchowo bardzo mocno związany z „The Hurting”. I o ile debiut był płytą wynikającą z talentu i empatii młodych osób, przed którymi życie dopiero co zaczynało przygotowywać pełen „bagaż doświadczeń”, to „Punkt krytyczny” jest dziełem ludzi w średnim wieku, ocalałych i poobijanych losem, którzy przeszli lekcję terapii z powodu straty i bólu...

Kiedy zgłębiałem genezę powstania tej niezwykłej płyty, przecierając oczy ze zdumienia i podziwu, doszedłem do wniosku, że jej alternatywny tytuł śmiało mógłby brzmieć „Uzdrowienie”. W szczególności Roland Orzabal poniósł szereg bolesnych strat w ostatnich latach, w tym przede wszystkim, śmierć swojej ukochanej żony (w 2017 roku), z którą przeżył aż 35 lat. Śmierć była wynikiem demencji związanej z nadużywaniem alkoholu. Sam muzyk również przeszedł odwyk, a to traumatyczne doświadczenie, doprowadziło go do zrozumienia m.in. głębokiej więzi ze Smithem, wieloletnim przyjacielem i współpracownikiem. Para muzyków rozstała się na początku 1990 roku, już wtedy przeżywając bolesne załamanie. Wiele lat zajęło im, aby naprawić miedzy sobą wszelkie relacje. Panowie spotkali się ponownie dopiero w 2004 roku, wydając „Everybody Loves A Happy Ending” - szósty studyjny album, którego sam tytuł niósł w sobie atmosferę ostateczności. Przez następne półtorej dekady Tears For Fears mieli tendencję do wydawania wersji deluxe swoich poprzednich płyt, organizując zaledwie okazjonalne występy z innymi muzykami „ocalałymi” z lat 80. i wydając covery piosenek „nowych” twórców, takich jak np. Arcade Fire i Hot Chip.

Prace nad ich nowym albumem rozpoczęły się już w 2013 roku, ale wtedy proces ten okazał się dla muzyków zbyt trudny. Zespół pod wpływem presji ówczesnego wydawcy został zobligowany do współpracy z różnymi młodymi artystami, w celu stworzenia bardziej współczesnego i, nade wszystko, komercyjnie brzmiącego albumu. Jednak wszystkie te sesje okazały się nieudane, a sam duet porównywał je do „szybkich i przypadkowych randek”. Nawet po ponownym spotkaniu stworzenie „The Tipping Point” miało bardzo trudny początek. Pisanie „hitów na zawołanie” nie było zgodne z duszą tych muzyków. Piosenkom brakowało tego, co zespół uważał za artyzm, witalność, a przede wszystkim, utwory te były pozbawione głębszego znaczenia, były puste. W następstwie tego swoje całkowite odejście rozważał Smith, czując, że projekt ten nie jest tym, co chciałby kontynuować. Zachowało się jednak kilka pomysłów z tamtej sesji.

W 2017 roku ukazała się kompilacja „Rule the World: The Greatest Hits”, na której oprócz doskonale znanych hitów, znalazły się w końcu dwa nowe utwory "Stay" i "I Love You But I'm Lost" (napisane wspólnie przez zespół z Danem Smithem z Bastille), które miały utorować drogę do nowego albumu. Jednak rok 2017 okazał się czasem skrajności i kolejnym ciosem dla muzyków. Choć była to najlepsza ich składanka, która zaowocowała powrotem na brytyjskie listy przebojów, a zespół wyruszył w trasę koncertową razem z Hall & Oates, wszystko zostało brutalnie przerwane latem, kiedy zmarła żona Rolanda, a on sam zaczął zmagać się z poważnymi problemami zdrowotnymi. Na szczęcie panowie spotkali się ponownie na scenie w 2019 roku podczas niezwykle udanej trasy koncertowej. Po jej ukończeniu, na początku 2020 roku, zebrali się ponownie, aby w końcu wytyczyć ścieżki w jakim kierunku pójść naprzód i ukończyć album.

Rolad Orzabal tak wspomina ten przełomowy moment: "Na początku 2020 roku Curt i ja usiedliśmy razem z kilkoma gitarami akustycznymi. Pierwszy raz od dziesięcioleci. Potrzebowaliśmy spotkania umysłów, spotkania psychicznego. Dosłownie wracaliśmy do deski kreślarskiej, szukając głębi, serca i duszy, z jaką moglibyśmy ukończyć nasz album. Curt wymyślił pewien prosty folkowo-country riff, brzmiący trochę niczym Dylan, a trochę jak Johnny Cash i wreszcie ruszyliśmy do przodu!”

Utwór „No Small Thing” (o którym mowa w cytacie) rozpoczyna całą płytę i nie przypomina on niczego, co napisali wcześniej. Otwierająca sekcja akustyczna oparta jest na gitarze i nie daje żadnych wskazówek co do tego, dokąd zmierza piosenka, ale pod jej koniec, bombastyczne bębny, odgłosy, zniekształconej gitary i wiele innych efektów, buduje genialne crescendo. To wymarzony, epicki sposób na rozpoczęcie… trudnej i bolesnej muzycznej opowieści o życiu, wypełnionej zarówno osobistymi, jak i politycznymi spostrzeżeniami.

Tytułowy utwór "The Tipping Point", zaledwie drugi w zestawie, jest już jednym z punktów kulminacyjnych płyty. To nastrojowa i jednocześnie złowieszcza melodia, o genezie której Orzabal wyznał, że powstała z jego doświadczenia i obserwacji żony Caroline, kiedy jej stan pogarszał się i umierała z powodu alkoholizmu i związanych z nim chorób. Ta perfekcyjna wiązka zmysłowych, migoczących dźwięków jest genialnym połączeniem melodii z dobitnym, krzyczącym i jakże mądrym tekstem, który swój ‘punkt krytyczny’ osiąga w wersie „Życie jest okrutne, życie jest trudne. Życie jest szalone, a potem wszystko obraca się w pył”.

„To dla mnie jedna z najbardziej osobistych piosenek, jakie kiedykolwiek nagrałem. Przez długi okres tworzenia albumu moja żona, moja zmarła żona, pogrążała się w chorobie psychicznej i alkoholizmie. Była piękną i seksowną kobietą. Kiedy przeszła menopauzę coś w niej pękło. Stała się niespokojna. Z wymarzonej gospodyni i wręcz kucharki dla smakoszy, stała się kimś, kto nie jadł, nie chciał jeść, ale nigdy nie przestawała pić. Była leczona przez psychiatrów z powodu depresji, co osobiście uważam, że tylko pogorszyło sytuację i nigdy nie przestała przez to pić… Widziałem, jak stała się duchem dawnej jaźni. Pytanie brzmi, czy kiedykolwiek będziesz wiedział, kiedy jest to punkt krytyczny, czy kiedykolwiek będziesz wiedział, kiedy ta osoba jest na progu śmierci? I choć Caroline była już martwa, zanim fizycznie umarła, to wciąż żyje na wiele sposobów dzięki mej pamięci” – wspomina Orzabal.

Trzeci utwór w zestawie, "Long Long Long Time", to przede wszystkim delikatny i piękny wokal Curta Smitha. Brzmi on tak kryształowo, jakby nigdy nie został dotknięty zębem czasu i wciąż błyszczał w blasku lat 80., choć przekornie utwór ten opowiada właśnie o upływie czasu. Jego perfekcyjnym uzupełniniem jest wspaniały i nawiedzony wokal Cariny Round, niezwykłej wokalistki, znanej zapewne szerszej publiczności z udziału w projekcie Maynarda Jamesa Keenana – Puscifer. Ale to właśnie Carina koncertowała w latach 2016 i 2019 z Tears For Fears, śpiewając m.in. słynną pieśń "Woman In Chains".

"Break The Man" jest pierwszym powiewem nadziei, że czas który przemija jest najlepszym lekiem i jest nieskończony. Brzmienie tej kompozycji przywołuje skojarzenia kolejnych epok Tears for Fears, zawartych zaledwie w tej jednej piosence. To dziwnie optymistyczny utwór i choć śpiewany ponownie przez Smitha, opowiada o jednej kobiecie i jednocześnie o wszystkich kobietach mających siłę, by przełamać uścisk patriarchatu.

Szalony „My Demons” natychmiast porywa swoją energią i pokazuje, że duet ewoluuje i jest jak nigdy dotąd, pomimo tylu przejść, w doskonałej formie! Utwór po mistrzowsku równoważy energetyczny dźwięk syntezatorów z poważną introspekcją. Tekst analizuje czy nasz współczesny świat jest lepszy od przeszłości, gdy wciąż istnieją te same problemy? Analiza ta nie skupia się na tym, co nas otacza, ale dotyka również tytułowych wewnętrznych demonów, z jakimi codziennie musimy się zmagać. Mistrzowska popowa dynamika i słowa, które powalają swoją aktualnością:

„I am the demolition man

I am the smoking gun

Why is my name in lights when my name is spelt wrong?

Only needs an attitude

A longitude and latitude

They will always find you when your cell phone is on

The satellites in space that spy on us with charm and grace

The middle man, the little man, the butcher and his dog

Turned on my beady eye, no need to wonder why

 

Go faster, young master, you're breathing disaster

'Cause these human hands need a human touch

'Cause my demons don't get out that much”.

Zaczynająca się od przerażającego gwaru współczesnej ulicy oraz od… wystrzału pistoletu „Rivers Of Mercy” to prawdziwa perła ukryta gdzieś w środku albumu. To utwór, którego można określić mianem ‘absolutny’. Zniewalająca i hipnotyzująca melodia, wokal, który obezwładnia i słowa, które dosłownie płyną, a jednocześnie bardzo mocno owijają nas swoją wymową i pięknem:

„Well, the streets have started burning

There's trouble in the towns

Guess the devil loves his playground, that's for sure

I too often see the world through a veil of tears

Well, to hell with my immunity

Gonna hold you close

Till the shadows disappear

 

(Ooh, rivers of mercy, yeah)

 

If by magic, you mean the ocean

If by tragic, you mean the end

We weren't wrong, we were just hungry

For manna from Heaven

And come and drown me in the infinite sea

 

Drop me in rivers of mercy, yeah

Dare I imagine some faith and understanding?

Drop me in rivers of mercy, yeah

Bring out the dead tonight and bathe them in your sacred light to

Wash away the pain (Wash away the pain)

Save me from the shadows, yeah

Cry like a siren

The light on my horizon

Drop me in rivers of mercy, yeah

 

Show me mercy, miracle waters

Make me golden, part of the dream

We got stung, we were just lovers

Born of temptation

Slow down, river, and float me upstream

 

Drop me in rivers of mercy, yeah

Dare I imagine some faith and understanding?

Drop me in rivers of mercy, yeah

Bring out the dead tonight and bathe them in your sacred light to

Wash away the pain (Wash away the pain)

Save me from the shadows, yeah

Cry like a siren

The light on my horizon

Drop me in rivers of mercy, yeah

 

Spinning upside down

In the wake of mighty waves

See the anger of the world

When feelings run high

When feelings are so raw

We will give in to the night

 

Drop me in rivers of mercy, yeah

Dare I imagine some faith and understanding?

Drop me in rivers of mercy, yeah

Bring out the dead tonight and bathe them in your sacred light to

Wash away the pain (Wash away the pain)

Save me from the shadows, yeah

Cry like a siren

The light on my horizon

Drop me in rivers of mercy, yeah”.

I choć jest to najbardziej ciepły, spokojny i wysublimowany utwór na płycie, jest czymś, co permanentnie wgryza się w nasz umysł, po to, aby pobudzić wszystkie możliwe pokłady wrażliwości, ze łzami wzruszenia na czele, których stróżki utworzą prawdziwe źródło „rzeki miłosierdzia”.

Kiedy słyszy się kolejną kompozycję, „Please Be Happy”, aż chce się krzyknąć „chwilo trwaj!”, gdyż piękno, choć czasem paraliżująco melancholijne, otacza nas i rozpieszcza. To najbardziej szczery i osobisty moment albumu dla Orzabala. To właśnie tu, w tych zarejestrowanych trzech minutach, śledzi wręcz wzrokiem postępującą depresję swojej żony, która rozpoczęła jej ostateczny rozpad… Patrzy jak Caroline przechodzi depresję, a następnie popada w chorobę, która w końcu zabiera ją na zawsze w swoje odmęty i podziemie. Przyznaje się odważnie do winy i bezsilności, błagając ją o pokonanie tego, co nie do pokonania. Dźwięki zdają się odbijać falę, zaczynają się bardzo delikatnie, aczkolwiek wyraźnie, aby następnie zmienić się w orkiestrowe brzmienie i zakończyć się ponurą ciszą, odchodzącego tonu tylko jednego klawisza fortepianu oraz tykaniem zegara… Te nuty są ARCYDZIEŁEM!!! A rzeka łez wylewa się teraz ze swojego koryta i nie sposób jej powstrzymać:

„Please be happy

'Cause you know I cannot bear to see you

In this state of melancholy

Curled up in your chair

 

Please don't worry

'Cause the world won't break apart as easy

As the glass

You dropped and smashed

When you tried to climb the stairs

 

There was a time

Not long ago

You stood right by your window

And your arms were painted feather-like

So sure that you could fly

 

But these days, it's like a wave is breaking over you

Dragging you in with the undertow

If you lay among the graves, you will see other ghosts

I still beliеve this love can grow

 

But thesе days, it's like a wave is breaking over you

Dragging you in with the undertow

If you lay among the graves, you will see other ghosts

 

Please be happy

'Cause you know I cannot bear to see you

In this state of melancholy

Curled up in your chair”.

Naprawdę ciężko jest się pozbierać po takiej dawce emocji, ale przecież od czego jest geniusz takich artystów, jak duet Tears For Fears?

„Master Plan” to wręcz wbijający jakąś nieziemską siłą przebój, który od samego początku demoluje poczucie nostalgii i zadumy, jaką zasiały w nas poprzednie utwory. Wirujący i szyderczy, zwiększa rytm, głośność i przy tym wszystkim miażdży, niczym walec, swoją przebojowością! Perwersyjnie beatlesowski, kolejny wybitny klejnot w tej kolekcji, w którym Orzabal wręcz wykrzykuje: "Potrzebujesz dużo wściekłości, aby przetrwać te dni... potrzebujesz dużo wiary, aby dotrzeć do słońca". I chociaż brzmi to jak ostre i bezwzględne rozwiązanie romantycznego związku, piosenka opowiada w rzeczywistości o byłym menedżerze Tears For Fears, w której zgryźliwy tekst ląduje na perfekcyjnie melodyjnej poduszce. To bezpośrednia krytyka całego przemysłu muzycznego podana w tak bezczelny sposób, że bracia Gallagher z Oasis mogą o tym tylko pomarzyć, pomimo tylu wydanych przez nich płyt, będących zaledwie lichą kopią Czwórki z Liverpolu. Orzabal i Smith w niepełna pięć minut, demolują i rozkładając na łopatki to wszystko swoim „perfekcyjnym planem”!

Przedostanie nagranie, „End Of Night”, to najbardziej dynamiczny utwór na płycie, oparty na falistych klawiszowych i swingujących rytmach. Wyróżnia się syntezatorowym rykiem i piskiem, wśród których Orzabal wtrąca kilka prawie operowych wokali w końcowych momentach utworu.

Płytę zamyka kompozycja „Stay” - ponownie delikatnie rozpoczynający się i z czasem nabierający mocy akustyk, tak jakby był to rodzaj niewidzialnej klamry. Został on zaczerpnięty ze wspomnianej na wstępie kompilacji. Tutaj na albumie, jako finał, wreszcie idealne pasuje do całości. To zmysłowa piosenka, która kwestionuje śmierć, smutek i stratę. Jej eteryczne dźwięki dobrze służą tematowi utworu, jak i całej płycie. Jest to końcowe badanie sprzeczności życia i jednocześnie życzenie, aby bliscy pozostali przy nas i co najważniejsze, aby nie cierpieli i nie doświadczali kolejnych chwil bólu. Fantasmagoryczny podpis niczym mantra, wieńczy ten niezwykły, genialny i przepiękny album.

Cała ta niezwykła płyta opiera się na poczuciu akceptacji, uświadomieniu sobie, że życie toczy się dalej i że warto żyć po okresach wielkiego smutku! Jest to najbardziej wyraźne w "Rivers of Mercy" - uroczej, uspokajającej balladzie, która znajduje ukojenie w obrazach płynącej wody zmywającej ból. To właśnie tutaj „łzy lęków” przeplatają idee, które przewijają się przez cały album „The Tipping Point”, podkreślając wdzięk i moc w obliczu traumy. To centralny element albumu, który wydaje się być najpełniej zrealizowaną płytą Tears for Fears, jaką kiedykolwiek nagrali, a zarazem kulminacją muzycznych i emocjonalnych tematów, które były im drogie od samego początku kariery. „Punkt krytyczny” jest oczyszczający, piekielnie traumatyczny, strzelisty, ale za to pełen mądrości i przekształca wszystkie te rzeczy w transcendentną sztukę.

Słuchanie i poznawanie wszystkich zawartych na albumie nagrań to wielka przyjemność, od początku do końca. Ukazują one, że symbole lat 80., wcale nie muszą być zagubione we mgle, aby nadal konsekwentnie tworzyć elegancką i dojrzałą muzykę. A tematy, które Orzabal i Smith podejmowli przez ostatnie 40 lat, są takie same jak zawsze, ale teraz mają za sobą ciężar wieku i doświadczenia nabytego w ich dojrzałym i niełatwym życiu.

Wszystko na tym albumie, od produkcji, melodii, tekstów, aż po różnorodność materiału jest wręcz perfekcyjne. Nie ma ani jednej złej piosenki i marnotrawionej chwili wypełnienia na siłę.To niezwykła kolekcja nagrań, która oferuje oczyszczające, emocjonalne i pełne nadziei spojrzenie na obecne czasy, przekazane w sposób, w jaki tylko ci dwaj doświadczeni przez życie artyści pracując razem, mogli nam zapewnić. To genialny album, który zasługuje na swoje poczytne miejsce wśród najlepszych albumów roku, dekady, a także i w historii muzyki. Gdyż to muzyka i jej artyzm okazują się być najlepszą terapią, która leczy, koi i, co najważniejsze, robi to z pozytywnym skutkiem. Tears For Fears udowodnili jeszcze jedną bardzo ważną prawdę: bez względu na to, jak długo ta terapia trwa, warto zrobić to naprawdę dobrze, a dzięki albumowi „The Tipping Point” wiemy, że absolutnie tak jest: Nasze życie jest tak skonstruowane, że każdy z nas, bez wyjątku, niesie ze sobą bagaż bolesnych doświadczeń. Wielką sztuką jest, aby wyciągnąć z niego wnioski, zrozumieć, spojrzeć, inaczej na ten świat, doceniając każdy kolejny dzień, kiedy oddychamy. Inaczej bardzo łatwo jest zwariować i upaść pod całym jego ciężarem…

MLWZ album na 15-lecie