Proportions - After All These Years

Artur Chachlowski, Proportions - After All These Years

To zabłąkana nowość jeszcze z 2021 roku. Cóż poradzić, że album „After All These Years”, który ukazał się w czerwcu ubiegłego roku, został opublikowany własnym sumptem przez mało znany zespół o nazwie Proportions (choć jest to już trzecia płyta w jego dorobku). Nie trafił do szerokiej dystrybucji i dotarł do Małego Leksykonu dopiero kilka tygodni temu z kanadyjskiego Quebec. Choć powiedzieć, że Proportions to zespół kanadyjski, to jakby nic nie powiedzieć…

Grupę Proportions (choć sami w swoich mediach społecznościowych literują nazwę swojego zespołu w taki sposób: PRoPoRTIoNS) tworzą: Andy Kubicki (z USA) grający na basie i klawiszach, śpiewający Tomas Stark (ze Szwecji), który gra także na gitarach akustycznych i elektrycznych, Lennart Ståhle (ze Szwecji), który obsługuje syntezatory i gra też na gitarach, flecie i kontrabasie, Denis Boucher (z Kanady), który gra na perkusji oraz Glenn Liljeblad (z USA) - gitara elektryczna. To trzon tego międzynarodowego zespołu. Są jeszcze goście specjalni: Toby Trott (z USA) śpiewa w utworze „The Confession”, John Eyre (z Wielkiej Brytanii) śpiewa w utworze „Birth”, głosy Signe i Hjordis Bornemark (obydwie ze Szwecji) słyszymy w utworze „Fading Away”, Pierre Bordeleau (z Kanady) jest narratorem w utworze „The Confession”, Stefan Kubicki (z USA) gra na gitarze elektrycznej w utworach „QuBix”, „Cube” i „La Froi”, a w utworze „After All These Years” słyszymy go śpiewającego w chórkach razem z Sandy Kubicki (z USA). Założę się, że ta ostatnia dwójka plus lider całego przedsięwzięcia, wspomniany wcześniej Andy, mają polskie korzenie.

To międzynarodowe combo nagrało album, którego premiery – pomimo, że to rzecz z ubiegłego roku – nie możemy nie odnotować na naszym portalu. Nie możemy bowiem pozwolić na to, by miał nam umknąć album tak ciekawy, doskonale zrealizowany, wykonany po mistrzowsku i zawierający muzykę, wobec której nie sposób przejść obojętnie. Jednym słowem: ważny. A przy tym zawierający tyle zaskakujących odniesień do twórczości Gentle Giant i Genesis, że tej godzinnej porcji fantastycznej muzyki słucha się z zapartym tchem Nie jest to żaden kopiowany czy odwzorowany w skali 1:1 materiał, lecz Proportions grają po prostu (i nie kryją tego!) muzykę inspirowaną gigantami progresywnego rocka

Większość utworów to tematy instrumentalne, ocierające się o jazzrockowe improwizacje i utrzymane w stylistyce fusion, ale trzeba przyznać, że wszystkie - „Octyldodecanol”, „Quibix Cube”, „La Froi”, „Jesterdays”, „Eriksberg”, „Calophork” i „Soulmate” - bazują na ciekawych liniach gitar i klawiszy i są nadspodziewanie przystępne. Nie jest to żaden zapętlony jazz rock, ani też gitarowe „rzeźbienie” prowadzące donikąd, a sporadyczne dodatki partii fletu i gitary akustycznej nie dość, że czynią odbiór niezwykle przyjemnym, to pobudzają nostalgię za przestrzennym brzmieniem wczesnych lat 70. Słucha się tych instrumentalnych kawałków znakomicie.

Ale i tak największą atrakcję albumu stanowią utwory wokalno-instrumentalne. Takich prawdziwych highlightów jest na tej płycie co najmniej pięć. I o wszystkich teraz szybciutko po kolei..

Najwspanialszy moment płyty to umieszczona pod sam koniec kompozycja tytułowa. To osiem minut prawdziwej muzycznej uczty dla uszu: gitarowy podkład we wspaniały sposób rozpoczyna ten epik, potem pojawia się fortepian, flet, delikatna gitara i bas, które tworzą wyjątkowy klimat, potęgujący się gdy pojawiają się przestrzenne klawisze i organy. Solo gitarowe – nie powstydziłby się go sam Steve Hackett. No i tekst. Mądry, szlachetny i opowiadający o wierności i bezgranicznej miłości, będący wyznaniem szczerych uczuć „po tych wszystkich latach”… W mojej prywatnej hierarchii na drugim miejscu postawiłbym utwór „Fading Away” złożony jakby z dwóch części – piosenkowej, z anielsko śpiewnym żeńskim wokalem oraz instrumentalnej, w której Proportions brzmią jak Camel na „Rajaz” skrzyżowany z Genesis z okolic „Baranka…”. Kolejny punkt kulminacyjny to przejmujące nagranie „The Confession”. To bardzo emocjonująca piosenka zaśpiewana przez Toby Trotta niskim, obolałym, pełnym rozpaczy głosem i mówiąca o tak bolesnym doświadczeniu jak śmierć matki. Element zadumy i przeszywającego smutku potęgowany jest przez refleksyjną narrację pojawiającą się w finale tego utworu.

 

As I sat beside her death bed, my mother said to me

You were always very special son, my favorite child you see

And first I felt excess and joy, at her regard for me

But then with more reflection, dawned the new profundity

 

As much as I enjoyed my mother's craze beside her bed

I realised the underlying truth in what she said

The many times I broke her heart, the hurt I brought about

And every night I stayed out late, those lies the screams and shouts

 

This all had new significance, that deeper wound became clear

The old night so much deeper now instead of deeper tears

If I was so special to her then I brought more special pain

So now the greatest sorrow over my passage remains

 

(….)

 

So my advice to other sons, who follow in my wake

Consider how you treat your moms, the care that you must take

But all your mothers could take note of the power that they hold

And it started early on the guilt before they get too old

Kolejny moment chwytający za serce to umieszczony w samym środku programu płyty instrumentalny utwór „Jesterdays”, w którym na szczególne wyróżnienie zasługuje gitara. W pewnym momencie gra ona takie nuty, które jako żywo przypominają dźwięki Hackettowskiej akustycznej gitarki w chwili, gdy na albumie „Selling England…” kompozycja „The Cinema Show” przechodzi w „Aisle Of Plenty”. No i wreszcie obiecany highlight nr 5 – to początek płyty, na który składa się radosny i uroczysty temat zagrany na kościelnych organach „Hymn For The Giant” i wyłaniający się z niego pierwszy właściwy utwór - „Birth”. Stanowi on prawdziwy mariaż brzmienia Genesis (klawisze a’la wczesny Tony Banks, gitara a’la wczesny Hackett) i Gentle Giant z dodatkowym smaczkiem klasyki w postaci zagranej przez Lennarta Ståhle uroczej partii na flecie.

Nie będzie to łatwe, bo nie znam europejskiego dystrybutora, który ma w swojej ofercie ten album (osobiście polecam Bandcamp: https://propsreboot.bandcamp.com/music), ale uważam, że warto rozglądnąć się za tą płytą. Bo chociaż od jej premiery minął już prawie rok, to naprawdę potrafi wzruszyć i nacieszyć uszy. Duża klasa i wysoki poziom. „After All These Years” to paradoksalnie jeden z najbardziej złożonych i skomplikowanych, a równocześnie bardzo przystępnych albumów z kręgu progresywnego rocka, jaki ukazał się w ostatnim czasie. Ten pierwiastek nieoczywistości stanowi jego przeogromną zaletę. Zaskoczenie z czasem przechodzi w fascynację. A jeżeli w dodatku jesteś fanem twórczości Gentle Giant i wczesnego Genesis, uwielbiasz efektowne gitarowe solówki w stylu Steve’a Hacketta oraz fascynującą lekkość jazzrockowych improwizacji, to znajdziesz na tej płycie to wszystko, co zawsze sprawia ci największą radość przy słuchaniu. Wszystko we właściwych, nomen omen, proporcjach…

MLWZ album na 15-lecie