Mostly Autumn - The Last Bright Light

Artur Chachlowski,
ImageMostly Autumn to stosunkowo mało znany w Polsce zespół, nawet  w kręgach oddanych sympatyków progresywnego rocka. A niesłusznie, bowiem cały progresywny świat od kilku już lat zachwyca się tym oryginalnym zjawiskiem. Myślę, że popularność tej grupy w naszym kraju to kwestia najbliższych miesięcy i osobiście wróżę grupie Mostly Autumn  karierę co najmniej równą temu, co dzieje się ostatnio wokół formacji RPWL. Ale do rzeczy. „The Last Bright Light” to trzeci już krążek w dorobku tej brytyjskiej grupy, która umiejętnie wiąże pinkfloydowskie klimaty i epickie kompozycje z melodiami mocno osadzonymi w celtyckim stylu. Tradycją płyt Mostly Autumn jest to, że zaczynają się one od dźwięków zamykających poprzednie wydawnictwa zespołu. Tak jest i tym razem. Znane z finału poprzedniej płyty dźwięki staroirlandzkich kobz (gościnny udział Troya Donockleya z formacji Iona) rozbrzmiewają w krótkiej kompozycji „Just Moving On”, z której wyłania się  przebojowy „We Come And We Go”. Zarówno ten, jak i następny utwór „Half The Mountain” od razu przywołują na myśl album „Wish You Were Here” grupy Pink Floyd. Ten sam nastrój, ten sam monotonny głos i te same gitarowe smaczki. Wszystko to za sprawą lidera zespołu Bryana Josha. Ale to dopiero początek płyty. Zaraz mamy akustyczną miniaturkę „The Eyes Of The Forest” i tym razem w roli głównej dwie panie: Heather Findlay (v) i Angela Goldthorpe (fl). Krystaliczny głos tej pierwszej i wirtuozerski styl gry, przypominający popisy Thijsa Van Leera tej drugiej przenoszą nas w krainę rozmarzonych dźwięków i muzycznej zadumy. Z kolei wstęp do następnego nagrania „The Dark Before The Dawn” to ukłon w stronę Vangelisa (pianista Iain Jennings), ale  zarazem to wspaniały, misternie budowany nutka po nutce klimat i chwytliwy refren, wróżący niesamowite powodzenie tej kompozycji w trakcie występów na żywo. Zaraz potem powracamy w liryczne nastroje i do ciepłego głosu Heather Findlay w  utworze „Hollow”. W tle orkiestra i  flet, a na przedzie potężnie brzmiąca gilmourowska gitara Josha. Palce lizać. Kolejny utwór to przepiękny „Prints In The Stone” wybrany na singiel promujący to wydawnictwo. Powiem tylko tyle, że atmosfera tego nagrania przypomina camelowskie „Harbour Of Tears”. No i mamy wreszcie kompozycję tytułową. Jest to zarazem pierwszy z 3 fenomenalnych epików na tej płycie. Brzmi on trochę staromodnie dzięki wysuniętym do przodu organom Hammonda i gregoriańskim chórom. Wokal Bryana Josha jest tu tak bliski barwy głosu Rogera Watersa, a jego gitara sprawia, że znów myślami jesteśmy przy najlepszych płytach Pink Floyd. Po tym uduchowionym utworze czas na rockowy przerywnik: niezwykle dynamiczny, bardzo chwytliwy „Never The Rainbow”, a tuż po nim kolejna perła: „Shrinking Violet”. Prawie 10 minut progresywnych fajerwerków, niezwykłej atmosfery i dramaturgii budowanej niezwykle powoli, z wyczuciem, znajdującej swój szczyt w finałowym prześlicznym dziecięcym chórku. Nagranie niezwykłej urody. Powoli zbliżamy się do końca płyty. Następują teraz dwa połączone ze sobą instrumentale: „Helms Deep” i „Which Wood?”. Oba mocno osadzone w tradycji celtyckiego folkloru, stanowiące doskonałe przygotowanie pod prawdziwe magnum opus tej doskonałej płyty. Jest nim 12-minutowa kompozycja „Mother Nature”, rozpoczynająca się niczym genesisowskie „The Musical Box”i rozwijająca się tak pięknie, że aż żal, że niektóre utwory w ogóle muszą się kończyć. Bryan i Heather fenomenalnie połączyli tu swe wokalne umiejętności. Chórki i gitara znowu skierowują nas w atmosferę tradycyjnych nagrań grupy Pink Floyd. Temat przewodni rozwija się powoli, takt po takcie, niczym u Ravela włączają się kolejne instrumenty, czyniąc atmosferę tego nagrania coraz bardziej gęstą i w momencie, kiedy wydawałoby się, że już nic nowego nie może nas zaskoczyć rozlega się gitara. Rozpoczyna się długie, wydawałoby się niekończące solo. Gitara gra i gra. Po jakimś czasie jej dźwięki milkną wśród szumiącego wiatru. I wreszcie na koniec pozostaje sam wiatr. Wiadomo zatem, od czego rozpocznie się następny album grupy Mostly Autumn. Ale póki co, cieszmy się tym co już mamy. Piękna to płyta. A piękna  w niej tyle, że świat wokół nas staje się lepszy i wspanialszy. Wystarczy tylko nacisnąć przycisk PLAY...
MLWZ album na 15-lecie