Ghost Of The Machine - Scissorgames

Olga Walkiewicz, Ghost Of The Machine - Scissorgames

„Mountain” - to był początek znajomości z muzyką grupy Ghost Of The Machine. Uderzenie prosto w serce miękką, aksamitną strzałą dźwięków. Przecięcie tętnicy, w której spokojnie przepływał czas. Okruch zaczarowanego zwierciadła utkwił jeszcze głębiej, gdy poznałam Charliego, a dzięki niemu cały album zatytułowany „Scissorgames”. To taki słodki rodzaj opętania przez eteryczne piękno muzyki, jej zmysłowość i szalone bogactwo. Majestatyczny pejzaż kreślony zmieniającą się paletą barw, fasada pałacu o ruchomych ścianach, ogród pełen istot nieziemskich odzianych w pajęczynę pięciolinii.

Płyta jest debiutem fonograficznym zespołu Ghost Of The Machine, który powstał w Yorkshire w styczniu 2021 roku. Tworzy go sześciu doświadczonych muzyków: Charlie Bramald - wokal prowadzący i flet oraz byli członkowie formacji This Winter Machine: Graham Garbett – gitara, Mark Hogan – instrumenty klawiszowe, Stuart McAuley – bas i melotron, Andy Milner - perkusja oraz Scott Owens - gitara. Fuzja sił twórczych tak znakomitych artystów mogła tylko i wyłącznie zaowocować muzyką niezwykłą, pełną emocji i powiewu świeżości. To jak scalenie różnobarwnych włókien przędzy, z której zostaje utkana najprzedniejsza materia.

Być może gdyby byli członkowie This Winter Machine nie rozstali się z Alem Winterem moglibyśmy nie mieć dziś albumu „Scissorgame”. W styczniu 2021 roku dołączył do tego zaczarowanego teatru Charlie Bramald – aktor o stu twarzach, muzyczny kameleon, mag przywołujący głosem blask księżyca, faun zaklinający nimfy. Jego atutem jest krystaliczny głos o jasnej, świetlistej barwie. Umie nim budować nastrój, tworzyć rodzaj teatralnego dramatyzmu, rozpalać emocje. Nie bez znaczenia jest jego ogromne doświadczenie jako muzyka mającego na koncie niezmiernie dużą ilość występów live. Na scenie czuje się niczym ryba w wodzie, ma cudowny dar nawiązywania ciepłej relacji z publicznością. Stroje, maski, inscenizacja – to prawdziwy rockowy teatr pełen wyobraźni, cudownej muzyki osadzonej w kunsztownej ramie, ogród tysiąca dźwięków i snów, których smak pozostaje na ustach na zawsze. Dochodzą też do głosu młodzieńcze fascynacje muzyką Genesis, Pink Floyd, Rush czy Marillion - czego dał wyraz już w twórczości swojego progrockowego cover bandu, jakim jest Harmony Of Spheres. W Ghost Of The Machine znalazł się pomiędzy najlepszymi muzykami, artystami przez wielkie ”A”, to daje możliwość przekraczania wszelkich barier, uwolnienia z ryzów szalonego mustanga wyobraźni. Gdy dołączył, materiał muzyczny był w zasadzie już skomponowany w ponad połowie. Ukazuje to ogromny talent i progresywny potencjał twórczy byłych członków This Winter Machine. Charlie Bramald napisał większość tekstów na płytę i są one niezmiernie ważne dla zrozumienia nietuzinkowych historii i mroku, jaki może skrywać wnętrze człowieka zderzającego się z brutalną ścianą rzeczywistości.

Album rozpoczyna bardzo długa, wielowątkowa kompozycja „Scissors”. Jest epicką suitą, składającą się z sześciu części. To co się tutaj dzieje wgniata w fotel i odbiera mowę na siedemnaście cudownych minut. W „Startinglines” klawiszowy, marillionowy motyw zagrany przez fenomenalnego Marka Hagana przechodzi płynnie w fortepianowy akompaniament, na który nasuwa się dźwięczny tenor Charliego i znakomita gitara Grahama Garbetta. Wszystko to scalone jest w przepiękne harmonie. Sekcja rytmiczna podkreśla zmieniającą się dynamiką wychylenia sinusoidy czasu, opakowuje wszystko w przeźroczystą folię sensualności. Pierwsze trzy minuty są bardzo żywiołowe, po czym dźwięki ewoluują, szukając spokojniejszych rejonów, by w szóstej minucie nastąpiło prawdziwe ukojenie. Jest tu skreślona dramatyczna historia opowiadająca o kobiecie, która zostaje doprowadzona do ostateczności przez swojego agresywnego partnera i zabija go. Tytułowe „nożyczki” są narzędziem zbrodni. O tym jest sekwencja zatytułowana „The Puppet King”. Po niej następuje tak oczekiwany zawsze przeze mnie moment instrumentalny - „The Game”- inkrustowany brzmieniem fletu, niczym masą perłową, przechodzącym w finezyjną gitarę. Właściwie są tu dwie gitary, z których jedna tworzy akustyczne, koronkowe tło (Scott Owens), druga – precyzyjnie buduje klimat i melodię (Graham Garbett). „Fighting” to kolejna partia instrumentalna. Dramatyzm, zwiększenie tempa, fundament misternie rzeźbiony z klawiszowego granitu, solówka Scotta Owensa i perkusyjne odloty Milnera – to prawdziwa uczta dla uszu. W „Shame”pałeczkę przejmuje uduchowiony głos Charliego i fortepian. W tle chórek… Coś pięknego. Utwór kończy się sekwencją instrumentalną „Hope”. Nie ma tu zbędnego patosu, jest magia, delikatny pył zsypujący się z różdżki i nieprzeparta chęć, żeby włączyć go raz jeszcze, od początku…

„Mountain” to kolejna kompozycja, jednocześnie utwór promujący to wydawnictwo. Charlie Bramald pokazuje tutaj pełną paletę barw, jakimi umie operować (na początku mogą się nawet nasuwać skojarzenia z Geddy Lee). Jest to pieśń nieodwzajemnionej miłości. „Góra” stanowi symbol odtrącenia. Nie da się nikogo zmusić do uczucia. Można o to walczyć latami, czekać, wierzyć… W końcu następuje moment rezygnacji - chwila, która zabija. Bardzo emocjonalny tekst wpleciony jest w szaloną ekstazę brzmień. Przepływa przez każdą frazę energia jest niczym tsunami, lawina myśli, niespełnionych marzeń, nóż wepchnięty w serce.

„Just For Reference” to refleksyjny utwór pełen melancholii i ornamentyki rysowanej tęczą. Prześlicznie oszlifowany brylant wielkiej urody. Posiada bajeczny początek będący mariażem fortepianowych akordów z wibrującymi riffami gitary i wokalem przesiąkniętym smutkiem. Jaką to ma w sobie siłę, jakie to efektowne! Bajeczne liryki – ulotna chwila zadumy nad tym, kim się było w przeszłości i jak zmieniło nas życie. Ta kompozycja ma w sobie miękkość jedwabiu i elegancję, w której, niczym w tajemniczym kufrze, zamknięte są ludzkie myśli.

„January’s Child” to kompozycja bardziej rockowa i bardziej energiczna. Dynamiczna muzyka, żywiołowa i pełna ognia, kontrastuje z posępnym tekstem o trudnym okresie dojrzewania i samorealizacji.

„Mercury Rising” jest kolejną progresywną perełką. Inspiracją był tu wiersz Owidiusza o nimfie rzecznej Larundzie. To szalona historia o tym jak Merkury otrzymał zadanie eskortowania Larundy do zaświatów po tym, jak Jupiter wyrwał jej język za wyjawienie sekretów. Oczywiście wkrada się tu wątek romantyczny, bo nawet bogowie nie są odporni na kobiecy urok i Merkury zakochuje się w pięknej nimfie. Krajobraz, jaki budują tu gitary Garbetta i Owena, obezwładnia. Klawisze wraz z sekcją rytmiczną dołączają się do aktu stworzenia. Wokal, bas McAuleya i bębny Milnera napędzają tempo, tworzą ekspresyjną wizję i filmowy feeling.

„Dead To Me” to rozrachunek z przeszłością. Tekst do tego utworu napisał Graham Garbett. Mówi on o tym jak wielką trzeba mieć odwagę, by walczyć z demonami przeszłości, ile siły trzeba z siebie wykrzesać, aby uwolnić się od dręczących cię spraw, ludzi i zdarzeń – bez względu na konsekwencje. Nie sposób nie wsłuchiwać się tu w linię gitary - zwiewną i pełną fantazji.

A „Scissors (Reprise)” to ostatnia odsłona tej epickiej opowieści. Posiada trzy części: „Cut” z delikatnym fortepianowym tłem, subtelnie zarysowaną strukturą basu i perkusji oraz gustowną linią gitary. Zaraz po nim krótki, instrumentalny pasaż „Wake”, który prowadzi do ekspresyjnego, niezmiernie widowiskowego zakończenia, jakim jest „Winner”…

Cudowny album. Dziś śnił mi się w nocy. Nic dziwnego. Pewnie przyśni się jeszcze wielokrotnie…

MLWZ album na 15-lecie