Zero Hour - Agenda 21

Olga Walkiewicz, Zero Hour - Agenda 21

Historia zespołu Zero Hour ma swój początek w 1993 roku w przepięknej Kalifornii – dokładnie w mieście Pleasanton. Bracia Jasun i Troy Tipton tworzą zespół, który ma zrealizować ich marzenia i wizje. Ma być wykładnikiem wspólnej pasji, jaką jest muzyka. Realizacją snów, jakie pojawiały się w dzieciństwie. Świątynią, w której można wznieść posąg na chwałę najwspanialszej, wyimaginowanej bogini muzyki – Melpomeny odzianej w skórzana kurtkę i trzymającej nowiutkiego Ibaneza. Bracia rozpoczynają wspólną wędrówkę przez krainę dźwięków w towarzystwie Mike’a Guya - świetnego drummera. Inni muzycy zmieniają się jak w kalejdoskopie. Szczególnie klawiszowcy. Na albumie „Zero Hour” (1998) był Matt Guillory, ale potem często tę funkcję brał na swoje barki Jasun.

W latach 1999-2008 powstaje sześć albumów. Na „Zero Hour” (1998), „The Towers Of Avarice” (2001) i „Metamorphosis” (2003), który był wzbogaconą o utwory bonusowe wersją ich debiutanckiego krążka, za wokal odpowiada Erik Rosvold. Na płycie „A Fragile Mind” z 2005 roku zaśpiewał Fred Marshall, natomiast na „Species Of Pictures Burnt Beyond” z 2006 i „Dark Deceiver” z 2008 roku można było usłyszeć głos Chrisa Salinasa. Muzyczna sielanka trwałaby nadal, gdyby nie problemy zdrowotne z ręką, jakie miał Troy. Uniemożliwiło mu to kontynuowanie kariery i spowodowało przerwę w działalności zespołu, praktycznie do tego roku. Alternatywą były inne projekty i zespoły, chociażby A Dying Planet, gdzie Troy jest wokalistą i autorem tekstów.

Jeszcze nie tak dawno zastanawiałam się czy doczekam się siódmego wydawnictwa grupę Zero Hour. Cierpliwość została wynagrodzona. 13 maja 2022 roku ukazała się nowa płyta - „Agenda 21”. To znakomity powrót. Łowcy burz pojawiają się ponownie w progmetalowym królestwie w barwach wytwórni Frontiers Music. Zespół Zero Hour AD 2022 to oczywiście przede wszystkim Jasun Tipton. Towarzyszą mu Erik Rosvold (wokal), Andreas Blomqvist (bas) i Roel van Helden (perkusja). Są to bardzo wytrawni muzycy, znani z innych zespołów – Andreas z Seventh Wonder, a Roel z Sun Caged i Powerwolf. Muzyka z płyty „Agenda 21” nie jest tym samym co poprzednie albumy. Ale jak mogłoby być inaczej? Minęło przecież czternaście lat. Zmienił się świat, nasze postrzeganie rzeczywistości, pragnienia i dążenia. Nie uległo jednak metamorfozie pojęcie piękna, krasomówczej potęgi tworzenia i niebywałej siły gitarowych riffów. To one z czystą, pełną arogancji, pewnością oczyszczają nasz umysł z fascynacji ciszą, spokojem, darmaceńską esencją słodyczy. Jest tu moc. Jest szaleństwo. Jest front burzowy, który uświadamia nam złożoną strukturę wszelkich skrajności i względność, jaką ma w sobie pojęcie tego, co nas fascynuje. Jedno jest niepodważalne: niebywała technika i kunszt, z jakim dozowane są nam dźwięki w całym aspekcie ich doskonałości.

Cały album to sześć utworów. Na początek chyba najbardziej fenomenalna kompozycja, jaką jest czternastominutowa suita „Democide”. Idealna fuzja techniki, metalowej agresji i znakomitych melodii. Niebywała ekspresja sublimująca zmysłowo i miękko na rockowym rdzeniu. Trzeba przyznać, że gitara Jasuna jest jak dynamit zakroplony trotylem. Ogień i siła wulkanu w kieliszku szampana. Erik Rosvold daje istny popis swoich możliwości, w jego głosie jest agresja, jest niepokój i jednocześnie sensualizm. Andreas Blomqvist zachwyca swoją kreatywnością i tworzeniem fundamentu o zwartej i potężnej strukturze. Dopełnieniem całości jest rytm, jaki potrafi wykrzesać Roel van Helden – to prawdziwa wisienka na torcie. Utwór „Technocracy” śpiewa gitarowym riffem zmagającym się z furią wokalu i sekcją rytmiczną. Jest niczym spacer po rozsypującym się gzymsie w czasie nawałnicy. Głębokie bębny, twardy bas, gitara rozpryskująca tynk na ścianach. Erik posługuje się głosem niczym instrumentem. Jest mistrzem ceremonii, szaleje, zmaga się z wiatrem szalejącym wśród nocy. Kompozycja nr 3, „Stigmata”, to elektronika podejmująca dialog z wokalem i wysublimowaną ścieżką gitarową. To znakomita sekcja fortepianu zanurzająca się w wyszeptanej wokalizie, to gitarowy przekładaniec z recytującym głosem Rosvolda. „Memento Mori” wysuwa na plan pierwszy doskonałą melodię. Jest tu balladowy feeling, szept w eterycznym wokalu i perkusja, która nadaje rytm, jak bicie serca. Jak monumentalny zegar odmierzający rytm życia. Jego upływ, jego potęgę… Tytułowa kompozycja „Agenda 21” jest pełna dynamiki, karkołomnych pasaży i niespokojnych wibracji. Muskularne riffy zmagają się z dynamiczną, nieco odlotową intonacją tej kompozycji. Na zakończenie mamy jeszcze dziesięciominutowe nagranie „Patient Zero”. A w nim delikatny, koronkowy początek z eterycznym wokalem i ciekawą aranżacją, która dodaje niebywałego smaczku temu utworowi. Po chwili nabiera on tempa, ewoluuje w środkowej części, staje się niczym nieujarzmiony tygrys.

Trzeba przyznać, że ta płyta potrafi dostarczyć niebywałych emocji i żaru. Jest udanym powrotem i spełnieniem oczekiwań progmetalowych fanów zespołu. Jest radością o skrzydłach płonących żywym ogniem. Jest ciepłem uśmiechu i szaleństwem. Tak chyba musiało się stać… I bardzo dobrze.

MLWZ album na 15-lecie