Evergrey - A Heartless Portrait (The Orphean Testament)

Olga Walkiewicz, Evergrey - A Heartless Portrait (The Orphean Testament)

Zastanawiałam się wielokrotnie, co mnie od tylu lat urzeka w muzyce zespołu Evergrey? Odpowiedź nie jest łatwa. To jakby ktoś próbował opisać przenikające przez siebie złożone struktury czasu i przestrzeni, poddać skrupulatnej analizie wizje zrodzone ze strzępków marzeń czy zbadać skomplikowaną naturę wszechświata. Tyle pojawia się tu obrazów, jakie malują dźwięki. Są niczym kadry z filmu barwionego emocjami. Nowy album – „A Heartless Portrait (The Orphean Testament)” - to kolejne wyzwanie pełne brzmień, miraży, nieskończoności. To płyta, której należy słuchać sercem. Evergrey posiada swój styl, balansujący pomiędzy melancholią a ogniem. Potrafi łączyć ze sobą znakomite rzemiosło twórcze, z ogromną dozą świeżości. Melodia nanizana jest na mosiężne struny mocy. A znakomite teksty są ogromnym walorem, spinają całość klamrą emocji i przeżyć.

Każdy album Evergrey to efekt inspiracji i pomysłów rodzących się w sposób niezwykle kreatywny. Prawdę mówiąc, obecny skład zespołu, który już ugruntował się na albumie „Hymns For The Broken”, jest moim ulubionym. Tom Englund jest w pewnym sensie jak kapitan okrętu, który był od zawsze i kierował jego kurs w określonym kierunku. Są z nim na pokładzie, tak jak na czterech poprzednich płytach, Henrik Danhage, Rikard Zander, Johann Niemann i Jonas Ekdahl. To znakomici muzycy, którzy potrafią skrystalizować niepowtarzalne brzmienie i dorzucić doń wiązkę fantazji. „A Heartless Portrait (The Orphean Testament)” porywa od pierwszego utworu – szalonego „Save Us”, który obok „Midwinter Calls” i „Blindfolded” promował to wydawnictwo. Emocjonalność i siła tekstów, łączy się tu z ciężarem gitarowych riffów, zadziorną perkusją i grzmiącą linią basu. To co nadaje „pikanterii” refrenowi, to wykorzystanie głosów fanów. Szalony i zarazem bardzo miły to pomysł, który jest gestem przyjaźni w stosunku do najwierniejszych słuchaczy. Ich nazwiska znalazły się na przedostatniej stronie książeczki dołączonej do płyty. Czy to nie miłe? To fantastyczne. Wokal Toma jest pełen głębi i nieprawdopodobnej sensualności. Potrafi plastycznie przechodzić w sugestywny refren, łączyć się z gitarową solówką, by na końcu utonąć w lirycznym, klawiszowym epilogu.

„Midwinter Calls” - to mój faworyt. Kolejny znakomity tekst sprzężony z muzyką najwyższej jakości. Trzeba dodać, że na całym albumie warstwa liryczna jest odzwierciedleniem przeżyć, doświadczeń i wspomnień Toma Englunda. To on jest „narratorem” oraz „bohaterem” historii opowiadanych w poszczególnych kompozycjach. Na poprzednim krążku pojawił się mitologiczny Feniks, tu pojawia się postać Orfeusza. To rodzaj symboliki, którą lubi posługiwać się Tom, czego znakiem przewodnim jest tekst w utworze „The Orphean Testament”. Poprzedzający go „Ominous” jest niczym chłodny powiew metalowej bryzy. Zmysłowość wczepia swoje ostre szpony w miękki dywan gitarowych pasaży i oniryczny wokal. Bardzo efektowny to utwór.

„Call Of The Dark” jest pełen zwątpienia, rezygnacji i refleksji nad życiem… „Zderzam się, płynę pod prąd, Bez nikogo, na kim mógłbym polegać. Jesteś bezpieczny, gdy jesteś sam…”.

Wspominany już wcześniej „The Orphean Testament” ma ogrom energii, ognistą kopułę zbudowaną przez sekcję rytmiczną i gitary. Finezji dodaje tu klimatyczność klawiszowych improwizacji zawikłanych w gitarę.

„Reawakening” ze świetnie brzmiącym melodyjnym tematem, fantastycznym wokalem i solówką, to zaproszenie do krainy, gdzie nadzieja potrafi przebudzić uśpione zmysły: „Jestem otwarty na powody, że żyję. Jeśli nadal będziemy śnić. Zmień ten strach, by mieć nadzieję. Przebudzenie…”.

Swoboda, z jaką powstawały poszczególne kompozycje, fantastyczne harmonie i miękkość przekazu, niesamowicie spajają ze sobą wszystkie utwory w całość, w historię o życiu i jego zakrętach. Praktycznie większość muzyki na tym albumie jest nastawiona na szybkie tempa i konkretne moce. Tak jest też w utworach „The Great Unwashed” i „Heartless”. Zaś singlowy „Blindfolded” ma w sobie naprawdę niezłą energię. Na motoryczne riffy nakłada się melodyjny śpiew Toma Englunda. Trochę tu klawiszowych fantazji i trochę przyjemnych chórków.

A na zakończenie pojawia się jedyna ballada na płycie - „Wildfires”, która eterycznie rozkwita niczym księżycowa poświata. To utwór, który jest pełnym słodyczy i bólu cierniem, łzą w kąciku oka, pełnią oglądaną w tym samym czasie przez bliskich sobie ludzi, których dzieli wiele kilometrów. Niespełnieniem i niewypowiedzianym słowem… „Chciałbym mniej czuć, mniej myśleć, mniej być...”

Zespół Evergrey jest na tej płycie niesamowity, jak zawsze. Można zachwycić się tą muzyką, upić jak cynamonowym likierem. Może nie za mocno, bo można przespać najpiękniejszy dzień w życiu...

MLWZ album na 15-lecie