Porcupine Tree - In Absentia

Przemysław Stochmal, Porcupine Tree - In Absentia

Przegląd solowego dorobku Stevena Wilsona pozwala określić go jako artystę o otwartym profilu, elastycznego, skorego do przedefiniowywania obiektów swoich twórczych zainteresowań. Porcupine Tree jako formacja zainicjowana pierwotnie jako solowy projekt i prowadzona potem jako zespół pod silnym dowództwem artystycznym jednej osoby, przez długi czas w kontekście publikowanej muzyki również cechowała się stylistyczną i formalną otwartością. Wydany w 2002 roku w Ameryce i z początkiem roku następnego w Europie siódmy album „In Absentia”, pod kilkoma względami będąc kolejną zwrotną pozycją w dyskografii grupy, okazał się być również swego rodzaju zamknięciem dotychczasowej tendencji stylistycznej dynamiki. Album przez wielu, włącznie z samym Wilsonem, uważany za najlepsze dokonanie Porcupine Tree, stał się pewnym szablonem, poza wytyczne którego grupa miała już radykalnie nie oddalać się, aż po zawieszenie działalności w 2010 roku.

Po „Lightbulb Sun” i uzupełniającym go krążku kompilacyjnym „Recordings” zespół czekały istotne zmiany. Kształtujący się w latach 90. i wydawałoby się monolityczny kolektyw muzyków, doczekał swoich dni – zespół opuścił perkusista Chris Maitland, a jego miejsce zajął Gavin Harrison - muzyk niezwykle charakterystyczny, instrumentalista niebywale zdolny technicznie, a swoją zachwycającą muzykalnością odciskający wyraźne piętno na estetyce Porcupine Tree. Dynamiczność i wszechstronność perkusisty okazała się być strzałem w dziesiątkę dla nowego kursu, z poprzednią płytą dość śmiało zapowiadanego, wyrażającego się w żywym zainteresowaniu estetyką metalową. Wchodząc do nowojorskiego studia, Harrison był muzykiem sesyjnym zaproszonym do udziału w nagraniu partii naszkicowanych przez Wilsona, natomiast po zakończeniu sesji stał się pełnoprawnym członkiem grupy.

„In Absentia” to pierwszy w dorobku Porcupine Tree album, którego metalowy charakter jest ewidentny, nieincydentalny i zamierzony. Do głosu doszła fascynacja lidera grupy ciężkimi brzmieniami spod znaku takich wykonawców, jak Meshuggah czy Opeth, a że z kierującym drugim z tych zespołów Mikaelem Åkerfeldtem Wilson nawiązał faktyczną współpracę, produkując album „Blackwater Park”, ciężar Porcupine Tree w nowym tysiącleciu łatwo było przewidzieć. Nie raz jednak udowodniwszy zmysł odpowiedniego balansowania dysponowanymi środkami, tak samo i tutaj Wilson nie zatracił się w trwającej fascynacji i stworzył materiał, w którym zainteresowanie metalem jest tyle eksponowane, co odciążane rozwiązaniami odmiennymi a charakterystycznymi dla wcześniejszego repertuaru.

Porcupine Tree na „In Absentia” wciąż potrafi wciągnąć w psychodeliczne otchłanie kreowane ambientowymi naniesieniami czy wyrafinowaną elektroniką sączoną z analogowych syntezatorów Richarda Barbieri („Gravity Eyelids”, „Wedding Nails”), poprowadzić zmiennym progresywnym traktem dzięki charakterystycznej basowej konstrukcji Colina Edwina („.3”, „Strip The Soul”). Nadal zainteresowanie piosenką jest niezwykle silne, dzięki czemu repertuar grupy wzbogaciły tak udane i eksploatowane przez zespół w następnych koncertowych latach formy „radiowe”, jak „Blackest Eyes”, „Trains”, „The Sound of Muzak”. Wciąż wrażliwość Wilsona dostarcza urokliwych ballad, jak fascynujące harmoniami wokalnymi „Lips Of Ashes” i „Heartattack In Layby” czy ponownie zniewalająca koda w postaci „Collapse The Light Into Earth”, z jednej strony intymna i wyśpiewywana niemal na ucho, z drugiej zaś dojmująca patosem narastających partii kwartetu smyczkowego.

Ciężkie gitary, które od samego otwarcia albumu są na podorędziu aż do pierwszych nut zamykającej płytę ballady, wykorzystuje się tu tyleż chętnie, co z głową – swoistego „łupania” mogącego stwarzać wrażenie sztuki dla sztuki (a to jeszcze się zespołowi przytrafi) w zasadzie nie uświadczymy. Na całość zespół poszedł jedynie w nagraniu „The Creator Has a Mastertape”, w którym ciężkie, hałasujące gitary posłużyły jednak raczej do wykreowania pewnego industrialnego entourage’u. Kompozycja ta, stanowiąca dalekie echo wczesnych, bazujących na post-punku dokonań Wilsona, jest tyleż odważna, co w moim przekonaniu nie do końca udana. W kontekście pozostałych nagrań na albumie raczej rozczarowuje, natomiast warto zwrócić uwagę na nią jako swoistą zapowiedź późniejszych industrialnych poczynań z solowego repertuaru lidera Porcupine Tree, bardziej jednak przekonujących i bardziej pewnych.

Wraz ze zmianą personalną i śmiałą woltą w stylu prezentowanej muzyki na „In Absentia” nastąpił również przełom w podejmowanej tematyce tekstów. Zainteresowanie mroczną stroną ludzkiej natury, owszem, pojawiało się już niejednokrotnie w tekstach zespołu, tutaj jednak Wilson niemal całkowicie dał się pochłonąć rozgryzaniu filozofii, którą kierują się wszelkiej maści złoczyńcy, zwyrodnialcy i zboczeńcy, kreując swoje plany zniszczenia. Ciemna, momentami odrażająca i odstraszająca materia, niekiedy wprost nawiązująca do realnych postaci (świetny, brutalny tak pod muzycznym jak i lirycznym względem „Strip The Soul” traktuje o niesławnym, psychopatycznym małżeństwie Westów), tworzy wersję Porcupine Tree naszpikowaną niepokojem, kontrolowanym i łagodzonym, ale jednak dominującym. To kolejny atrybut muzyki zespołu już odtąd nieodzownie z nim kojarzony.

Nie byłoby jednak pełnego niepokoju, gdyby Wilson pieczołowicie nie zadbał o zatrudnienie odpowiednich osób do wykreowania wizualnej strony Porcupine Tree. Wyraźnie inspirując się tym razem osobliwościami i obrzydliwościami mniej lub bardziej wprost kojarzącymi się z obrazowaniem spod znaku Toola, podjął mającą się stać wieloletnią i zażyłą, współpracę z duńskim fotografikiem Lasse Hoile, którego przerażający autoportret zdobi tę ostatnią naprawdę sugestywną i udaną okładkę albumu Porcupine Tree. Jakby niepokojących wizji było mało, swoją dołożył również autor zdjęcia na froncie „Signify”, John Blackford, reżyserując przerażający klip do utworu „Strip The Soul”, którym na dobre wpisał zespół w kontekście wizualnym w mroczny, industrialno-horrorowy nurt.

Nowe założenia stylistyczne muzyki Porcupine Tree, jakie przyniosła „In Absentia”, wymusiły zmianę również i w koncertującym line-upie. W promocji scenicznej od tej pory zespół zaczął wspierać śpiewający gitarzysta John Wesley, który przejął po Maitlandzie funkcje wspomagającego wokalisty, a przede wszystkim uzupełnił gitarowy charakter nowego oblicza muzyki grupy dzięki swoim tak rytmicznym, jak i solowym partiom. Jego nazwisko zresztą pojawiło się w paru miejscach na samym albumie. Uzyskanie odpowiednio ciężkiego brzmienia gitar w „Blackest Eyes” to jego zasługa, natomiast wokalnie udzielił się w piosenkach „The Sound Of Muzak” i „Prodigal”, zresztą śpiewając w chórkach wraz z Avivem Geffenem, który już niebawem miał stać się partnerem Wilsona w projekcie Blackfield.

O ile hasło „płyta-wizytówka” mogło paść już w przypadku dorobku Porcupine Tree wcześniej, o tyle przy albumie „In Absentia” ma ono szczególną rację bytu z powodu zasięgu, jaki osiągnął. Zespół ponownie przeniósł się do większej wytwórni (Lava będąca filią Atlantica) i dzięki udanemu, równemu i dobrze skrojonemu albumowi, wspartemu skuteczną promocją, znacznie poszerzył grono swoich odbiorców. A że na przełomie wieków wśród progresywnej publiczności swoje największe sukcesy święcił gatunek prog-metalu, Steven Wilson, podkręcając ciężar gitar, mimowolnie skupił na sobie uwagę fanów nieco innych odmian muzyki rockowej niż do tej pory, niechcący stając się idolem całej rzeszy sympatyków wysublimowanej metalowej muzyki. Odbiór Porcupine Tree przeniósł się na inną skalę, a wypracowana na albumie stylistyka dała początek pewnej niestety jednak dość przewidywalnej serii. „In Absentia” stała się tyleż dobrodziejstwem, co z perspektywy czasu przekleństwem zespołu tak silnie aspirującego do wolności artystycznego samookreślenia.

MLWZ album na 15-lecie