Porcupine Tree - Lightbulb Sun

Przemysław Stochmal, Porcupine Tree - Lightbulb Sun

Odświeżenie formuły muzycznej marki Porcupine Tree pod koniec lat 90. okazało się być dla zespołu skutecznym twórczym impulsem. Odkrycie własnych walorów w do tej pory z rezerwą eksplorowanych terytoriach, znalezienie metody w szaleństwie pod hasłem „piosenka” i szczerość przekazu wymykająca się wcześniejszym abstrakcyjnym zamiłowaniom stały się na tyle atrakcyjnymi i kuszącymi artystycznymi pobudkami, że już w trakcie promocji płyty „Stupid Dream” powstała pokaźna część materiału, który miał znaleźć się na kolejnym albumie. Kompletowanie docelowego materiału mającego wypełnić program szóstej regularnej płyty grupy, zatytułowanej „Lightbulb Sun”, odbywające się po raz ostatni w składzie Wilson/Barbieri/Edwin/Maitland, trwało zaledwie trzy miesiące, a sama płyta pojawiła się na rynku niewiele ponad rok po swojej poprzedniczce, wiosną 2000 roku.

Fakt, że Steven Wilson zdecydował się, by kuć żelazo póki gorące i w tak krótkim czasie podzielić się ze słuchaczami kolejnymi pomysłami, z pewnością nie pozostał bez wpływu na wyjątkowo spontaniczny i bezpośredni charakter albumu, tak w kwestii czysto muzycznej, jak i przede wszystkim lirycznej. Choć nie porzucił cechującej go pieczołowitości jako aranżer i producent, tym razem stworzył muzykę o charakterze pozbawionym pewnego wyrachowania, niekalkulowaną takt po takcie, słowem - spontaniczną i grającą w pełnej rozciągłości emocjami. Nic dziwnego, skoro na płycie skierował się głównie ku dwóm pisarskim tendencjom – reminiscencjom lat dziecięcych oraz swoistemu kącikowi złamanych serc.

Wilson jednak nie byłby sobą, gdyby penetracji tego prostolinijnego artystycznego ekosystemu nie próbował nadać ram, które dyscyplinowałyby ów strumień świadomości. I tak właśnie wpisał album w schemat chętnie wykorzystywany przez progrockowych klasyków, którzy jedną ze stron płyty potrafili poświęcać na zestaw krótszych, zwięzłych form, by clou albumu pomieścić na stronie przeciwnej, tej z gruntu „ważniejszej” czy „donioślejszej”. Tak też podzielono i „Lightbulb Sun” – zestaw sześciu piosenek oddzielono kilkunastosekundową pauzą od sekwencji bliższej założeniom koncept-albumu.

Podjęte ryzyko takiego konstrukcyjnego manewru chyba jednak nie do końca się opłaciło, bo ów podział jednak wpłynął na pewną integralność jakościową albumu. O ile ta umowna „strona B” może zachwycać od początku aż po cichnące ostatnie dźwięki, o tyle wśród piosenek z części pierwszej nie wszystko jest tak idealne. Owszem, utwór tytułowy, singlowy „Four Chords That Made A Million” czy bodaj najradośniejsze nagranie w dorobku Wilsona, czyli „The Rest Will Flow”, to piosenki całkiem udane, ale każdej z nich daleko tak samo do całego programu „Stupid Dream”, jak i do sąsiadujących z nimi pozostałych piosenkowych pomysłów, które znalazły się na pierwszej połowie „Lightbulb Sun”. Świetne wrażenie z kolei robią zwłaszcza dwie kompozycje, które eksponują nową jakość w uniwersum Porcupine Tree - miniatura na fortepian i wokale „How Is Your Life Today?”, zamknięta „lunaparkową” partią syntezatorów oraz prawdziwy rockowy kiler „Shesmovedon” – aż dziw bierze, że opatrzona tak wspaniałym riffem, prostą i chwytliwą zwrotką, świetnym refrenem w wielogłosie i ekspresyjną solówką na gitarze piosenka nie stała się prawdziwym przebojem.

Druga część albumu okazuje się być nie tylko jego główną atrakcją, ale i świadomą demonstracją nowych założeń twórczych Porcupine Tree, kolejnych prób odświeżenia zespołowego emploi. To, co wielokrotnie sygnalizowane było już w przeszłości jako pewien raczej aranżacyjny zabieg, wreszcie zyskało funkcję kreowania konkretnego klimatu. Mowa mianowicie o nadaniu pełnym napięcia i emocji założeniom czysto metalowych cech – taki sposób konstruowania mrocznego, niepokojącego nastroju za chwilę miał się stać jeżozwierzowym trademarkiem. To właśnie tutaj, w nagraniach „Hatesong” i „Russia On Ice” Porcupine Tree zdają się przekraczać swój heavy-metalowy rubikon, choć tu zamiłowanie do ciężkiego grania, które ukierunkuje zespół na kolejne płyty i doprowadzi do konieczności zatrudnienia drugiego gitarzysty koncertowego, funkcjonuje zaledwie jako jeden ze środków wyjaskrawienia pewnych kipiących emocji, a nie jako stały element stylu. Trzeba przyznać, że w materii „gitarowego” grania zespół tutaj już radzi sobie znakomicie, choć w znacznej mierze dzięki psychodelicznemu kontekstowi, jaki wypracował sobie przez lata i świetnej umiejętności ważenia proporcji pomiędzy tym nowym narzędziem a sprawdzonymi sposobami działania.

Nie tylko same rozwiązania stylistyczne czy aranżacyjne stanowią tu o wyjątkowym charakterze tej sekwencji płyty. To tutaj najsilniej egzekwuje się wspomniana szczerość i spontaniczność ekspresji muzyczno-słownej. Porcupine Tree był od początku zespołem skorym tak do improwizacji, jak i do konstruowania rozbudowanych form, ale w tym przypadku najdłuższe nagrania na albumie, a więc wspomniane „Hatesong” i „Russia On Ice” bliższe są szeroko pojętej rockowej alternatywie, aniżeli założeniom progrockowym. O nowej jakości świadczą też towarzyszące im krótsze kompozycje. Sentymentalna „Where We Would Be” zaskakuje zniekształconym, „rozsypanym”, acz pełnym uroku solo na gitarze, zaś zamykająca album przejmująca impresja „Feel So Low” urzeka prostotą muzyki i bezpośrednich słów; to przepełniona goryczą kołysanka, która znakomicie odnalazłaby się na którymś z albumów This Mortal Coil.

Skłonności Wilsona do poszukiwań, do włączania „nowego”, wyrażają się tak samo jak na wcześniejszych albumach również i w najprostszych zabiegach brzmieniowych, polegających na poszerzaniu dostępnego instrumentarium. Zespół wpisuje w swoje zasoby harfę, banjo, czy od tej pory pasjami wykorzystywane przez Wilsona w wielu solowych i zespołowych inicjatywach cymbały strunowe, jak również egzotyczne instrumenty szarpane saz i guimbri, wprowadzone do studia przez Colina Edwina.

Być może „Lightbulb Sun” jest płytą odrobinę nierówną, choć nie da się ukryć, że dwa poprzednie dzieła Porcupine Tree mocno wyśrubowały poziom jakości albumu w jego całościowym ujęciu. Przymykając jednak oko na fakt, że nie wszystko jest tu wybitne, bo niewielka część jest zwyczajnie „tylko” udana, przyznać wypada, że zespół w tak niedługim czasie, niemal wzorem artystów tworzących w latach 70., dzięki nowemu albumowi zapewnił odbiorcom kolejne ekscytujące doświadczenia. Tu magia Porcupine Tree przemawia już nie w spektakularnych urokach ciał niebieskich, nie w grotesce surrealistycznych światów, ani w mrocznych tajemnicach ludzkiej natury, ale w bardzo intymnej a przy tym jednak uniwersalnej materii. Refleksy wyobrażeń lub doświadczeń Wilsona wyrażone w muzyce, w tekstach, w szemrzących tu i tam odgłosach dziecięcych zabaw czy bijących w oddali dzwonów, a wreszcie w towarzyszącej całości fotografii autorstwa legendarnego pierwszego lidera Ultravox, Johna Foxxa, działają siłą mogącą również i u odbiorcy wzmagać powroty do dziecięcych czasów, przywoływać wspomnienia uczuciowych rozczarowań. „Lightbulb Sun” to Porcupine Tree pełen emocji jak nigdy dotąd i jak nigdy potem.

MLWZ album na 15-lecie