Abydos - The Little Boy's Heavy Mental Shadow Opera About The Inhabitants Of This Diary

Olga Walkiewicz, Abydos - The Little Boy's Heavy Mental Shadow Opera About The Inhabitants Of This Diary

Ludzka wyobraźnia potrafi budować niesamowite obrazy. Kiedyś, gdy jeszcze nie miałam pojęcia jak wyglądają przedstawienia w teatrach muzycznych Manhattanu, sądziłam, że są jak operowe szaleństwa w bardziej przystępnej formie. Rzeczywistość, jaką ujrzałam, rzucała szary cień na doskonałość, jaka zrodziła się w mojej głowie na temat Broadwayu. Rozczarowanie, jakie przeżyłam wchodząc do wyimaginowanego teatru, obok czarnych worków na śmieci, naruszyła obraz doskonałości NYC. Musical był mniej niż przeciętny. Dziś wiem, że gdybym obejrzała na deskach teatru ”The Little Boy’s Heavy Mental Shadow Opera About The Inhabitants Of This Diary” z Andy Kuntzem w roli głównej, to mój świat absolutu nie zostałby naruszony.

To zjawiskowy koncept. Ma już 18 lat i nie postarzał sie ani trochę. Muzyka i tekst przenikają się niczym barwy tęczy. Jak chwile zmierzchu goniące za gasnącą latarnią zachodzącego słońca. Andy ma w sobie pierwiastek wrażliwości, naturę marzycielską, pełną sensualności i pasji. Silnie zakorzenioną domenę fantazji. To wszystko przenosi na partyturę muzycznego szaleństwa jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. „The Inhabitants of His Diary” to intro które rozpoczyna tę dźwiękową opowieść. Po nim zstępuje światłość w formie jednego z najpiękniejszych utworów jakie skomponowano. „ You Broke The Sun” to muśnięcie warg, dotyk i chwila zastanowienia nad sensem tego, co nas spotyka. Co generujemy siłą naszego umysłu. Siłą naszej woli. Co sprowadzamy na ziemię smakując wszystkie wersje pożądania i to, co pozostaje po zakończeniu gonitwy naszych pragnień. Kocham ten utwór od pierwszego „usłyszenia”. To prawda. Ale i ten album jest jednym z moich ukochanych. Takich, które bez zastanowienia zabrałabym na bezludną wyspę. Nagrany w czteroosobowym składzie: Andy Kuntz (wokal i liryki), Stephan Glass (gitary, bas, instrumenty klawiszowe), Andreas Lill (perkusja) i Michael Krauss (gitary i klawisze). Na punkcie „You Broke The Sun” zwariowałam do tego stopnia, że opracowałam wersję tego utworu na fortepian. Uzależnienie. Strzał prosto w serce. Po usłyszeniu tego utworu mogłabym klęczeć na kolanach i być w innym świecie. Cóż... muzyczni wariaci i wariatki chodzą po tej ziemi. Ale to chyba dobrze. „Silence” to elektryczna linia zaklęta w marzenie o nicości. To wigwam tysiąca bogów. Gitarowy riff osadzony w realiach soczystych brzmień. Niespokojny rytm i te upojne Hammondy. To tylko chwila. Ale jak znacząca. „ Far Away From Heaven” - zjawiskowa kompozycja. Z silnie zaznaczoną partią fortepianu, czyli to, co kocham namiętnie. „Coopermoon (The Other Side)” to energetyk na miarę Red Bulla. Nie wiem czy to tylko głos Andy’ego wpleciony w kosmiczne brzmienie gitary. W odlotową sekcję rytmiczną. W to, co przyprawia o tsunami naszych zmysłów. „Hyperion Sunset” to kolejny ładunek emocji i potężnej ekspresji. Podobnie jak „God’s Driftwood”. „Radio Earth” potrafi rozładować atmosferę gitarowym klasykiem i refrenem, który płynie w przestrzeń niczym droga mleczna. Jak brzask wyłaniający się różową łuną zza grani horyzontu. „Abydos” - spokój i wyważenie. Muzyka płynie w nieskończoność. Na granicy wszechświata jest kompozycja, która ociera się o boskość. Cudowna aranżacja. Monument. Finezja. „A Boy Named Fly”... I to już koniec. A może początek wszystkiego? Może wieczność?… To ocenicie sami.

MLWZ album na 15-lecie