Ferguson, Ali - The Contemplative Power Of Water

Artur Chachlowski, Ferguson, Ali - The Contemplative Power Of Water

Jakże wspaniale rozwija się kariera tego pochodzący z Edynburga muzyka. Przecież jeszcze nie tak dawno, przy okazji solowego debiutu Ali Fergusona pt. „The Windmills And The Stars”, Maurycy Nowakowski pisał u nas, że ta płyta „może stanowić początek całkiem ciekawej działalności solowej. I oby tak właśnie było, bo twórców o takiej wrażliwości i subtelności, jak Ali Ferguson nigdy nie jest zbyt wielu”. Tymczasem minęło kilka lat i oto ukazuje się trzeci już solowy krążek tego artysty i wygląda na to, że „The Contemplative Power Of Water” wyrasta ponad poziom wszystkich jego dotychczasowych albumów. Mało tego, bez cienia wątpliwości zaryzykuję stwierdzenie, że jest on jednym z najciekawszych wydawnictw płytowych pierwszej połowy bieżącego roku.

Otwierający płytę utwór „The Contemplative Power Of Water Part I” (na płycie znajdujemy w sumie trzy porozrzucane w jej programie części tej kompozycji, które trwają w sumie… 26 minut!) swoimi pozamuzycznymi efektami (huk grzmotu, dźwięk bieżącej wody, głosy z interkomu, nawoływanie puszczyka oraz przejmująca melorecytacja) narzuca klimat, w jakim utrzymana będzie ta płyta. Pod koniec trzeciej minuty rozlega się przeszywające gitarowe solo, a zaraz po nim bujne i bogate linie melodyczne ewoluują elektronicznymi bitami, radiowymi rozmowami w tle i całość nabiera niesamowitej energii dzięki mocarnej perkusji i smakowitej partii zagranej na gitarze slide. Jeszcze tylko trzaśnięcie drzwiami i charakterystyczny pisk dźwięków wysyłanych w świat alfabetem Morse’a… Zresztą Morse przewijać się będzie przez całą resztę płyty. Klimat niczym z Pink Floyd albo z Watersowskiego „Radio „K.A.O.S.”: dostojny, szlachetny i mocno wciskający słuchacza w fotel.

Zresztą zaraz to wrażenie pogłębia się jeszcze bardziej, bo oto rozpoczyna się utwór nr 2 – „Children Of Men”. Brzmi jakby był wyjęty z pierwszej solowej płyty Davida Gilmoura. Szorstki, lecz przyjemny wokal Fergusona, to także jakby kopia młodego Gilmoura skrzyżowanego z Dave’em Kerznerem. Po tak mocnym otwarciu, niczym u Hitchocka, napięcie rośnie, bo oto rozlegają się, jeden po drugim, dwa kolejne mocne punkty programu tego albumu: subtelnie nasączony celtyckim klimatem „The River Of Crows” (nieco ‘przymglony’ głos Fergusona wspomagany jest przez piękny wokal szwedzkiej piosenkarki Karin Tenggren, a linia melodyczna przez długą chwilę prowadzona jest przez gwizdek pasterski, na którym gra Ross Ainslie) oraz kolejny głęboki ukłon w stronę twórczości Dave’a Kerznera – „Stare Into Sunlight (Release/Control)”. Ten drugi to niesamowicie mocne, nowoczesne neoprogresywne granie zaakcentowane mocnym wykonawczym wykopem.

Jakby komuś było jeszcze mało, to zaraz po drugiej części kompozycji tytułowej, która umieszczona w połowie programu albumu stanowi swoiste interludium, by w trakcie sześciu minut móc wyrównać oddech i przygotować się na kolejną porcję niezwykłych muzycznych wrażeń, dostajemy kolejny pinkfloydowski strzał między oczy: dziesięciominutowe, świetnie skrojone nagranie „The Catacombs”, które wydaje się prawdziwym punktem kulminacyjnym całego albumu. Wyborna to kompozycja, zagrana finezyjnie, rozwijająca się leniwie i powoli, no i opatrzona porywającym gitarowym solo utrzymanym w stylu zbliżonym do „Comfortably Numb”. Ociekająca złotymi nutami gitara wraz z każdym taktem wynosi emocje odbiorcy na coraz wyższy poziom.

Przy utworze „You Can’t Hold The Ocean” nastrój jakby odrobinę siada, lecz znowu w samym jego finale Ferguson raczy nas niesamowicie gęstą i melodyjną partią gitary. Chwytająca za serce solówka wieńczy ten utwór i po ponownej fali dźwięków wysłanych Morse’em oraz krótkim radiowym „wprowadzeniu” mamy, nie wiem już który, prawdziwy gwóźdź programu tej płyty: przepiękna kompozycja „Peace Begins With Me” zawiera mnóstwo przyjemnych harmonii gitarowych oraz pełnych polotu partii klawiszowych, które sprawiają, że ilekroć jej słucham, za każdym razem coraz mocniej jestem przekonany, że o zbudowaniu takiego klimatu i osiągnięciu takiego efektu końcowego większość współczesnych twórców, których słucham przecież niemało, może sobie tylko pomarzyć.

A skoro już mowa o klimacie – płytę wieńczy trzecia, najdłuższa, bo ponad dziesięciominutowa część kompozycji tytułowej. Finał co się zowie. Mamy tu wszystko jakby w pigułce. I znowu króluje tu atmosfera niczym z Floydów, Fisha, Genesis i Kerznera, a w samej końcóweczce pojawiają się nawet plemienne zaśpiewy (skrzyżowane ze wszechobecnym kodem Morse’a). Efekt znakomity. Dowód na to, że Ferguson czaruje nas swoją nową muzyką i swoimi pomysłami od pierwszej do ostatniej minuty tej, było nie było, długiej płyty (blisko 80 minut). Robi to jakby mimochodem, od niechcenia, bez większego wysiłku. A efekt, jako się rzekło, jest doprawdy znakomity.

Wszystko wydaje się na tej płycie głęboko przemyślane, nie ma tutaj miejsca na marnowanie nut czy niepotrzebne granie lub, nie daj Boże, muzyczne zapchajdziury. O każdym utworze można powiedzieć wiele dobrego. Wyłącznie dobrego. Mało tego, muzyce, którą przygotował Ali Ferguson, towarzyszą słowa: mądre, prowokujące do myślenia, do zastanowienia się nad tym co zostawiamy po sobie potomnym. To album o połączeniu człowieka z naturą, o odnalezieniu piękna i pokoju w świecie pełnym gniewu i podziałów, a przede wszystkim o niezwykłej zdolności miłości i dobroci do pokonywania nienawiści i wszelkich przeciwności.

Zasadniczo album posiada dość kontemplacyjny charakter, ale zarazem jest też bardzo energetyczny, głównie za sprawą efektownych partii zagranych na gitarze. To muzyka przez duże M, do słuchania z włączoną uwagą, idealna do snucia marzeń, do przeniesienia się w krainę imaginacji. Może ciut za dużo tu elektroniki i programowanych instrumentów (za całość instrumentarium i programming odpowiada nasz główny bohater, którego sporadycznie wspomagają dwaj basiści: Chris Agnew i Lawrie Macmillan oraz keyboardzista Liam Saunders), ale ogrom wysublimowanej, wysmakowanej i emocjonalnej gry na gitarze połączony z bardzo przyjemnie brzmiącym głosem Fergusona sprawia, że – jak zaznaczyłem we wstępie – niewątpliwie mamy do czynienia z jednym z najciekawszych progrockowych albumów pierwszej połowy 2022 roku.

MLWZ album na 15-lecie