Porcupine Tree - Deadwing

Przemysław Stochmal, Porcupine Tree - Deadwing

Muzyka Porcupine Tree od zawsze cechowała się swoiście obrazową naturą. Wrażliwość Stevena Wilsona równie mocno co przez szeroko pojętą muzykę rozrywkową, kształtowana była dzięki wszelkim gałęziom współczesnej muzyki instrumentalnej, co w oczywisty sposób w konsekwencji nadało wielu jego utworom sugestywny ilustracyjny charakter. Zresztą, idące za tym zamiłowanie artysty do samych obrazowych dziedzin sztuki zdradzał on już od początku kariery, sprawując baczny nadzór nad graficzną oprawą albumów. Gdyby historia potoczyła się inaczej, przed opublikowaniem ósmego albumu Porcupine Tree ziściłby również pragnienia zafunkcjonowania w świecie filmu. Wraz z Mike’m Bennionem, autorem okładek pierwszych płyt No-Man i oprawy graficznej „On The Sunday Of Life”, reżyserem teledysku „Piano Lessons”, miał niemal gotowy scenariusz wspólnego filmu w konwencji dokonań Davida Lyncha czy Stanleya Kubricka. Projekt jednak nie znalazł źródła finansowania, a to, co w założeniu miało stanowić ścieżkę dźwiękową do skończonego filmu i być pierwszym solowym krążkiem Wilsona, skończyło jako… ósmy studyjny album Porcupine Tree.

Potencjalny soundtrack, gdyby powstał, prawdopodobnie niewiele wykraczałby poza muzyczne uniwersum wykreowane pod etykietą Porcupine Tree, zwłaszcza że w jego programie miała się znaleźć większość materiału wypełniającego ostatecznie album zatytułowany „Deadwing”. Kiełkujące w wyobraźni Wilsona pomysły na muzykę ilustracyjną natrafiły na dobry twórczy klimat wykreowany dzięki świetnemu odbiorowi muzyki z płyty „In Absentia”. Klimat ten, jak się wydaje, mógł być utrzymany jedynie z choćby odrobiną twórczego wkładu pozostałych muzyków zespołu. Tym samym, niejako wbrew nieco zawiłej genezie powstawania materiału na nową płytę, ta okazała się być zaskakująco… zachowawcza pod względem muzycznym.

O ile w dotychczasowym dorobku zespołu z albumu na album nietrudno było wychwycić ślady inspiracji Wilsona czy wręcz metody działania tropem owych inspiracji, o tyle w przypadku „Deadwing” jest już nieco inaczej. Podstawową materią sprawczą dla nowego materiału wydaje się być wypracowana własna estetyka, a jeśli wtrącane są wpływy z zewnątrz, to raczej dotyczą one artystów, którymi Wilson inspirował się aktualnie z nimi współpracując, aniżeli postaci z annałów muzyki rozrywkowej. Przede wszystkim wyraźne są inspiracje death-metalowym Opeth, tak w generowaniu odpowiedniego ciężaru riffów, nadawaniu gitarowej rytmice ciężkiego sznytu, jak i w tworzeniu specyficznego mrocznego klimatu – zresztą lider szwedzkiej formacji Mikael Åkerfeldt również w kilku miejscach na albumie udzielił się instrumentalnie i wokalnie, choć – aby nie było nazbyt rewolucyjnie – nie korzystając z dobrodziejstw swojego zwyczajowego growlingu.

Świadomość siły własnej artystycznej specyfiki, która w pewnym stopniu zadziałała tutaj na Wilsona inspirująco, okazała się również działać w przeciwnym kierunku. Obecność solowych partii legendarnego Adriana Belew w utworach „Deadwing” i „Halo” nie wynikała bynajmniej z wystosowanego dla niego zaproszenia, ale z propozycji współpracy wysuniętej przez niego samego, jako oddanego sympatyka muzyki Porcupine Tree.

Wilson, tak wprawnie operujący formułą piosenkową (w czym klasyczny już „Lazarus” ustępuje współczesnym mu nagraniom Coldplay?), na co nie bez wpływu pozostawały artystyczne kontakty z Avivem Geffenem, po krótkiej przerwie przypomniał sobie jednak również i o bardziej wybujałych pod względem konstrukcyjnym możliwościach kompozycyjnych. W otwierającym album niespełna dziesięciominutowym utworze tytułowym w sposób zdyscyplinowany połączono grę metalowym ciężarem z elektroniką, dzięki czemu, przy paru jeszcze aranżacyjnych smaczkach, powstał naprawdę godny opener. Ambicje na swoisty gwóźdź programu, kilkunastominutowy już „Arriving Somewhere But Not Here”, tym razem jednak zaskakująco wywiodły Wilsona na manowce. Kreowane misternie, choć pod względem melodycznym raczej topornie, napięcie eksploduje w dość rozczarowujący sposób – sercem progresywnego kolosa, a poniekąd de facto i całej płyty okazuje się być niezbyt wyszukane metalowe łupanie. Utwór, co ciekawe, zyskał jednak sporą sympatię tak publiczności, jak i samego autora, który nawet przywrócił go do łask na ostatniej solowej trasie koncertowej.

Fakt skonstruowania płyty wokół umiejscowionego centralnie, zamierzonego clou nie zaburzył jednak tendencji obecnej już wielokrotnie wcześniej – również i tu zdaje się funkcjonować zasada, że im bliżej końca płyty, tym silniej angażuje Porcupine Tree słuchacza, tym trudniej wyrwać go z muzycznego seansu zanim wybrzmi ostatni dźwięk. I choć nagrania następujące w zasadzie w jednym ciągu, począwszy od „Mellotron Scratch”, muzycznie pozbawione są jakichś wielkich „fabularnych” zakusów, co w kontekście „filmowej” genezy płyty tym bardziej mogłoby zaskakiwać, to jednak wydaje się, że ta część płyty, do której Wilson podszedł mniej ambicjonalnie, do dziś lepiej się broni i de facto ten album w jakiś sposób wyróżnia.

„Deadwing”, dzieło z założenia ambitne, o genezie wyjątkowej i interesującej, w efekcie nie do końca sprostało aspiracjom. Są tu kompozycje znakomite, pamiętne, ale i fragmenty słabsze, czy nawet rozczarowujące. Przede wszystkim jednak jako całość to pierwszy album zespołu wyraźnie kontynuujący ścieżkę poprzedniego, nieskory do wielkich innowacji. „Nowe” Porcupine Tree, które przyszło wraz z albumem „In Absentia” okazało się być przepisem nie tylko na jeden album, ale i na dalszy ciąg kariery wydawniczej – a przynajmniej tak zdawał się sugerować „Deadwing”. Bez wielkiego ryzyka, bez skłonności do twórczego szaleństwa, ale z silnym przekonaniem o słuszności obranej stylistycznej przystani, powstał album ciekawy, ale łatwo ulegający w zestawieniach z innymi pozycjami w dorobku Porcupine Tree.

MLWZ album na 15-lecie