Seventh Wonder - The Testament

Olga Walkiewicz, Seventh Wonder - The Testament

Gdy byłam dzieckiem, wydawało mi się, że aby tworzyć pogodną muzykę należy urodzić się i mieszkać w kraju, gdzie temperatura nigdy nie spada poniżej 20 stopni Celsjusza, siedzieć na leżaczku w gaju pomarańczowym zajadając soczyste owoce spadające prosto z drzewa, trzymać w ręku drinka z palemką i wdychać zapachy tropiku. Czas pokazał, że zarówno Wolfgang Amadeusz Mozart czy Johannes Strauss nie musieli przeprowadzać się na Karaiby, aby ich kompozycje emanowały niesamowitym ciepłem. Słońce trzeba mieć w sobie. Z jego promieni można zbudować najjaśniejszą materię i odgonić wszystkie demony, które chciałyby nas omotać smutkiem.

Dlatego z taką niecierpliwością czekałam na nowy album grupy Seventh Wonder, bo Szwedzi potrafią dać mi swoją muzyką porcję pozytywnej energii wartą tysiąca uśmiechów. Niezmiernie cenię ten zespół i śledzę jego karierę od samego początku, od chwili powstania w 2000 roku. Założyło go trzech przyjaciół: Johan Liefvendahl (gitara), Andreas Blomqvist (bas) i nieobecny już w aktualnym składzie perkusista Johnny Sandin. Po nagraniu dwóch demo, pierwszy studyjny album zatytułowany „Become” pojawił się w 2005 roku. Zaśpiewał na nim Andi Kravljaca (Aeon Zen). Następne trzy płyty studyjne („Waiting In The Wings” z 2006, „Mercy Falls” z 2008 i „The Great Escape” z 2010 roku) zostały nagrane przez ten sam zestaw muzyków: Liefvendahl - Blomqvist - Sandin oraz klawiszowiec Andreas Soderin. Na wokalnym tronie pojawił się i nadal niepodzielnie panuje mój ulubiony Tommy Karevik. W 2018 roku dyskografia zespołu wzbogaciła się o koncept pt. „Tiara”, który obok „The Great Escape” uważam za najjaśniejszą gwiazdę w ich dorobku. Za perkusją zasiadł na niej Stefan Norgren – pełnoprawny członek grupy już od 2011 roku. Od tego też roku line-up grupy się nie zmienił do dzisiaj. Ta stabilność ma swoje walory, tworzy silny fundament wzajemnego zrozumienia i owocnej współpracy.

Nowy album zatytułowany „The Testament” ukazał się 10 czerwca br. nakładem Frontiers Music i jest kolejnym rozdziałem w historii zespołu. Nie jest to koncept, lecz dziewięć fantastycznych kompozycji - lekkich, wirujących blaskiem niczym rosa na nici jedwabnika osadzonej na liściu morwy. Płytę otwiera kompozycja „Warriors”. Poszczególne instrumenty wchodzą w niej stopniowo - masywne gitarowe riffy, perkusja na pełnej stopie, syntezator, werble i klawisze. Wokal jest elementem przewodnim, nadaje utworowi kierunek i aurę hymnu. Głos Tommy’ego wynurza się niczym maszt okrętu spomiędzy fal rozhulanego morza dźwięków. Soczyste gitarowe solo może sprowadzić z cnotliwej drogi nawet anioła. Kusi swoją pikanterią i wyrazistością, prowadząc do eleganckiego duetu instrumentów klawiszowych i gitary. Wokale są nakładane na siebie, pełne pogłosu, zmiksowane z chórkami. Tommy Karevik zawsze zadziwiał mnie swoim potencjałem i barwą głosu. Tak jest i teraz.

„The Light” to prawdziwy przykład jak tworzyć olśniewające przeboje. Skrojony z wielkim szykiem i galanterią niczym najlepszy garnitur od Armaniego. Porywający i nasączony ładnymi liniami wokalu i melodią, która sama wpada w ucho. Przestrzeń, w jakiej „płyną” poszczególne instrumenty, łączy się w monumentalną całość z dźwięcznym wokalem. Tommy znakomicie wypada w górnych rejestrach, potrafi uwolnić swój głos od jarzma grawitacji i poruszyć nim gwiazdy. Gitarowe solo, przejmujący bas, po nim klawisze i trzeba przyznać, że wypada to bardzo gustownie.

„I Carry The Blame” utrzymany jest w wolniejszych tempach, opasany aurą minorowych tonacji, przez co pretenduje do miana ballady. Jest tu wspaniały temat przewodni, rozśpiewany blaskiem, wchłaniający w siebie powietrze unoszące się nad linią horyzontu i wszystko wokół.

Johan Liefvendahl to gitarzysta, któremu struny płoną pod palcami, co słychać najlepiej w rozbudowanej solówce w instrumentalnym nagraniu „Reflections”. Utwór ten rozpoczyna się bajecznym fortepianowym intro. Po nim następuje danie główne, gdzie wiedzie rej gitara wspomagana przez klawiszowe szaleństwa. Perkusja zaostrza apetyt i nadaje wykwintnego smaku całości. Utwór rozwija się przedziwną sinusoidą, wnosząc się i opadając niczym górska ścieżka.

„The Red River” rozpoczyna się klasycznie – niczym kompozycja Hansa Zimmera. Pianistyczne pasaże zostają wchłonięte przez motoryczny, mroczny pęd gitary, drapieżne linie basu i efektowne bębny. Ten nieco thrashowy klimat równoważą melodyjne, triumfalnie brzmiące chórki.

Niezmiernie ciekawa jest konstrukcja poszczególnych utworów, stwarza ona ogromne możliwości ukazania talentu poszczególnych artystów, precyzji, z jaką grają na instrumentach i ich ognistej pasji. Czuje się to niczym rytmiczne bicie serca przez koszulę z krwisto-czerwonego jedwabiu. Płomień rozpalony myślą i czystą energią, czyli pora na cudowny utwór „Invincible”. Zawarte w nim szaleństwo z piekła rodem równoważą melodyjne linie wokalne. To taki kompromis pomiędzy improwizującymi instrumentami i głosem.

W „Mindkiller” znowu mamy niezłą dynamikę. To mozaika zadziornego, choć bardzo melodyjnego refrenu z soczystymi partiami instrumentów. Pomysły sypią się tu jak z rogu obfitości.

Prawie dziewięciominutowy „Under The Blue Sky” to najdłuższy utwór na płycie. Rozpoczyna się czystym brzmieniem gitary wyławiającym poszczególne nuty akordów. Po niej wchodzi bas dodając szczyptę subtelności, przejmując temat, bawiąc się nim. To piękny wstęp, po którym możemy poczuć w pełni żywiołowość tej kompozycji. Jest to moment kulminacyjny płyty. Wejście przez wielką bramę do pałacu. Siarczyste riffy sprzęgają się z głosem Tommy Karevika lekko, majestatycznie. W chwilach gdy wokal cichnie, gitary i sekcja rytmiczna wybuchają fajerwerkami barw.

Album kończy się smakowitym kawałkiem niebiańskiego tortu w postaci cudownego nagrania „Elegy”. Innego od reszty utworów na płycie, bo dużo w nim spokoju, ukojenia i piękna ujętego w najczystszą, dźwiękową poezję. Jest on jak powrót żołnierzy po walce do domu, jak oaza wśród rozgrzanej żarem pustyni, jak tęsknota do kogoś, kto jest na końcu świata.

Wspaniały to album. W skali od 1 do 10 dałabym mu... 12. Cudownie rozładowuje napięcie, unosi na miękkich skrzydłach wyobraźni i całuje swoim zmysłowym pięknem.  

MLWZ album na 15-lecie