D Project

Clapton, Eric - Rush O.S.T.

Olga Walkiewicz, Clapton, Eric - Rush O.S.T.

Wpierw pojawiła się w 1990 roku powieść, której autorką była Kim Ramsey Wozencraft. Rok później pojawiła się jej ekranizacja o tym samym tytule - „Rush” (w Polsce zatytułowana - „W matni”) Reżyserowała ją Lili Fini Zanuck, a w głównych rolach wystąpili Jennifer Jason Leigh i Jason Patrick. Fabuła oparta jest na rzeczywistym skandalu narkotykowym z lat 1978-1979, w którym brały udział dwa teksańskie wydziały policji. W filmie główni bohaterowie to para policjantów - Kristen Cates i Jim Raynor. W trakcie tajnego śledztwa mają zadanie przeniknąć w głąb przestępczego świata i zdemaskować barona narkotykowego – Willa Gainesa. Niestety życie jest pełne zakrętów i nieprzewidzianych zasadzek. Zadanie wyznaczone przez zwierzchników, uczucie rodzące się pomiędzy bohaterami, uzależnienie od narkotyków - to namiastka fabuły, jaka była pretekstem do powstania wspaniałej ścieżki dźwiękowej, której twórcą był Eric Clapton.

Koszt produkcji filmu wyniósł siedem milionów dolarów. Do dziś się zastanawiam, czy ktoś by jeszcze pamiętał to dzieło kinematografii, gdyby nie muzyka. To ona była nominowana do nagród, a dokładnie pochodzący z niej utwór „Tears in Heaven” (nominacje do Złotych Globów 1992, MTV Movie Awards 1992 i dwie nominacje do nagrody Grammy 1993). Sam film nie eksponuje muzyki w sposób wystarczający, aby ją należycie docenić. To niestety bardzo częsta przypadłość produkcji filmowych, że dźwięki „rozmywają się” i znikają pomiędzy poszczególnymi kadrami. Gdybym kiedyś nie posłuchała najpierw ścieżki dźwiękowej stworzonego przez zespół Toto i Briana Eno do słynnej ekranizacji powieści Franka Herberta „Dune”, to może w ogóle nie poznałabym tej genialnej muzyki. Dlatego warto posłuchać soundtracku „Rush”, skupiając się wyłącznie na muzyce, bo jest fantastyczny.

Spotkałam się z zarzutem, że Clapton wykorzystał tu dużo swoich wcześniejszych pomysłów. To prawda, ale dlaczego nie miał tego zrobić? Ile razy słysząc jakiś temat muzyczny, było mi żal, że nie został rozbudowany, przemieniony w większą formę lub użyty raz jeszcze? W końcu to jego własne kompozycje, z którymi może dokonywać wszelkich ewolucji twórczych. To, co trzeba powiedzieć na samym początku: „Rush” słucha się bajecznie. W przeciwieństwie do fabuły filmu, która jest pełna akcji i dramatyzmu, przy muzyce, jako jednostce odrębnej, można po prostu odpocząć. Jest tu dziesięć kompozycji, w tym siedem instrumentalnych. Dość śmiała koncepcja, ale może na swój sposób przemyślana. Może umiejscowienie utworów z tekstem na końcu płyty ma swój sens i zwyczajnie nasila emocje?

Soundtrack został wydany na płycie już po premierze filmu, dokładnie 14 stycznia 1992 roku. Otwiera go bardzo krótki, trwający półtora minuty temat „New Recruit”. Czy to ma być skreślony pospiesznie „muzyczny opis” głównej bohaterki, absolwentki akademii policyjnej, którą jest Kristen? Na to wygląda. Pojawia się tu delikatny dźwięk gitary, której struny trącają palce Claptona z taką zmysłowością i finezją, jakby były łabędzią szyją kobiety, jej wargami i szczupłą kibicią. Orkiestrowe tło jest pełne tajemnic. Odpowiada za nie Randy Kerber – mistrz instrumentów klawiszowych i orkiestracji. Ale to Eric jest na pierwszym planie i roztacza subtelną poezję, wyławia refleksy słońca zza horyzontu i wplata światłość w blond włosy Kristen..

Bluesowe „Tracks And Lines” to cudowne zazębianie się łkającej gitarowej pieśni z miękkością Hammondów i rytmem odmierzanym przez puls perkusji. Jest tu kropelka improwizacyjnego wdzięku i sensualizm, jaki ma w sobie gra Claptona. Za bębnami zasiadł Steve Ferrone, nutę basu dodają naprzemiennie Tim Drummond i Nathan East. Trzeba przyznać, że zgromadzono tu same znakomitości. Poza wymienionymi muzykami, na płycie pojawiają się między innymi Greg Phillinganes (klawisze), Chuck Leavell (organy, fortepian), Lenny Castro (instrumenty perkusyjne) oraz Robbie Kondor (syntezatory).

„Realisation” to kolejna miniatura instrumentalna przesiąknięta magicznym tchnieniem gitary i bluesowym feelingiem. Ciekawie skonstruowana kompozycja, ozdobiona brzmieniem grzechotek, marakasów i talerzy, które są jak odgłos zbliżającego się węża, sunącego miękko pomiędzy skałami drzemiącymi w skwarze. To początek historii opływającej zagadką. To próba przenikania do innego świata spowitego oparami dymu i milczeniem.

Wątek romantyczny jest ukryty w klawiszowym motywie „Kristen and Jim”. To temat pełen ekspresji i erotyzmu, zaklęty czarem rozedrganych strun i melodią unoszącą się lekko w przestrzeni.

Najpiękniejszy kilim utkany z dźwięków, to oczywiście „Preludium Fugue”. Delikatny początek i niesamowicie efektowna eksplozja perkusji. Po czym znów koronkowe ornamenty gitary wsiąkające w orkiestrową taflę subtelnych harmonii.

„Cold Tukey” jest mocniejszą kontynuacją poprzedniego utworu. Na pierwszym planie jest gitara, tło drzemie w zadumie lipcowego popołudnia, w upale, w smogu wyścielającym asfaltową dżunglę miasta.

„Will Gaines” to dźwiękowy opis postaci, która jest „czarnym charakterem”. Temat ubrany w minorowe, złowrogie brzmienia i zagmatwane szorstkie rytmy. To cień czający się za rogiem ulicy, gniew i żądza władzy. To posmak lęku w kącikach warg i szyderczy uśmiech losu.

Na zakończenie płyty mamy trzy kompozycje z wokalem, lecz jakże odmienne. „Help Me Up” to wspólna kompozycja Claptona i Willa Jenkinsa. Jest to niezmiernie ciekawie zaaranżowana piosenka z wokalem samego mistrza, chórkami, zabójczą gitarą i akompaniamentem orkiestrowym w stylu Glenna Millera. Po niej - „Don’t Know Which Way To Go” - bluesowy kawałek autorstwa Willie Dixona i Ala Perkinsa, nieprzypadkowo kojarzący się z „You Shook Me” z pierwszego albumu Led Zeppelin, oczywiście z powodu autora, jakim w tym przypadku był też Dixon. W tym utworze na gitarze gra i śpiewa Buddy Guy. No i wreszcie wisienka na torcie, czyli „Tears In Heaven” - prawdziwy diament w szkatule drogich kamieni. Jedna z najpiękniejszych ballad w muzyce rockowej. Najpiękniejszych i najbardziej bolesnych. Jest w niej esencja goryczy wszystkich smutnych przeżyć samego Claptona…

Rok 1990 rozpoczął pasmo nieszczęść iosobistych tragedii, które odcisnęły na nim swoje piętno. Po koncercie, jaki Eric Clapton zagrał w Alpine Valley, jego przyjaciel – muzyk Steve RayVaughan - miał być przetransportowany wynajętym przez niego śmigłowcem. Doszło do wypadku, w którym wszyscy pasażerowie zginęli na miejscu. Najgorszą jednak tragedią była śmierć syna artysty kilka miesięcy później. Conor wypadł z okna wieżowca na Manhattanie… Czy trzeba jeszcze coś dodawać?...

Utwór „Tears In Heaven” ma niesamowicie emocjonalną wymowę. Przenikający go smutek jest zamknięty w każdej nucie i słowie, w oplecionych melancholią wersach pełnych wiary, w powietrzu drżącym pomiędzy strunami instrumentu. Jest też zakończeniem soundtracku. Bardzo kunsztownym i niepowtarzalnym. Może dlatego, że wypływa prosto z rozdartego serca...                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                   

MLWZ album na 15-lecie