Asia - Asia

Olga Walkiewicz, Asia - Asia

Asia to brytyjska supergrupa, o której napisano już chyba wszystko. Rok 1981 obfitował w wiele znaczących dat: w styczniu Ronald Reagan został czterdziestym prezydentem Stanów Zjednoczonych, w sierpniu powstał pierwszy komputer osobisty klasy IBM PC – model 5150, w listopadzie Antigua i Barbuda uzyskały niepodległość, w grudniu wprowadzono w Polsce stan wojenny... W świecie sztuki też dużo się dzieło - w końcu była to przeciwwaga do wydarzeń politycznych i gospodarczych – balsam na palące problemy lat osiemdziesiątych. Muzyka zawsze miała dawać siłę i radość. Być zaklętym światem dla fanów. Wyzwalać ich umysły i uwalniać dusze. Dlatego nikt się nie zdziwił, gdy powstała taka grupa, jak Asia.

Od czwórki tak genialnych artystów oczekiwano jednak dzieła o rozbudowanej formie. I cóż się stało? Kiedyś Ludwig van Beethoven zamiast IX Symfonii skomponował zbiór miniatur - „Dla Elizy” w różnobarwnych wersjach. Wydawało się, że panowie John Wetton, Steve Howe, Carl Palmer i Geoff Downes są skazani na tworzenie dzieł monumentalnych i pełnych majestatu, lecz oni dali swoim wielbicielom dziewięć piosenek. Początkowy szok niemal natychmiast ustąpił pola zachwytom. Bo tak naprawdę były to utwory genialne. Debiutancki album został nagrany w czerwcu 1981 roku w Marcus Studios & Virgin Townhouse w Londynie. Producentem był Mike Stone. Ukazał się nakładem Geffen Records w marcu 1982 roku. Okazuje się, że można wydać na świat dziecię doskonałe, które nie musi być potężną Kleopatrą – może być nimfą, motylem, promieniem. Fryderyk Chopin pokazał, że nie trzeba tworzyć symfonii, by powstało dzieło absolutne. Tym były jego mazurki, ballady czy walce. To że wielkość wyrazić można w każdej formie pokazali także muzycy z zespołu Asia.

Ich debiutancki album poznałam kilka lat później i nierozerwalnie wiąże się dla mnie z czasem wakacji. To była pierwsza samodzielna eskapada studencka w gronie przyjaciół. Dwa samochody, wynajęta przyczepa kempingowa, namiot, wiatr we włosach i szaleństwo młodości. Kochaliśmy muzykę - była naszą towarzyszką, modlitwą i ukojeniem. Mieliśmy wtedy kilkanaście kaset magnetofonowych, lecz ta jedna, z debiutanckim albumem grupy Asia, przejechała z nami całe Alpy, a potem wybrzeże byłej Jugosławii. Cudowne melodie, teksty – zwyczajne, proste. Miłość, relacje między dwojgiem ludzi, realia życia – to najczęstszy temat, jaki się tu pojawia. Tekst jest tu tylko uzupełnieniem doskonałego brzmienia, kunsztu harmonii i subtelności formy.

Rozpoczynający płytę przebój „Heat Of The Moment” ma ogromną siłę. To jak „Wielka Brama Kijowska” wśród „Obrazków z Wystawy” Modesta Musorgskiego. Potęga i przestrzeń. Echo odbijające się od srebrzystych szczytów. Moc uczuć zaklęta w chwili spojrzenia: „It was the heat of the moment. The heat of the moment. The heat of the moment showed in your eyes...”. To niesamowita siła rażenia. Ten utwór musiał się stać przebojem, bo ma ku temu wszelkie predyspozycje. I jest po prostu fenomenalny. Wyobraźcie sobie świt, szum wodospadu i słońce zanurzające soczystość blasku w szczelinach powiek. Budzi się dzień. Muzyka zespala się z lazurem nieba. Uczucie wolności i przestrzeń. Bez granic i bez końca. Utwór ten był singlem promującym płytę. Co ciekawe, największy sukces odniósł w Stanach Zjednoczonych, bo dotarł do 4. miejsca na liście Billboardu. Natomiast w Wielkiej Brytanii, znalazł się zaledwie na pozycji 46.

„Only Time Will Tell” to piosenka o lekko minorowym odcieniu. Cudowne klawisze Downesa, stanowią tło dla fantastycznego wokalu. I to, co trzeba powiedzieć głośno i wyraźnie: dla mnie ta płyta bez Wettona nie mogłaby istnieć. John jest światłem i apogeum blasku. Zawsze będzie dla mnie najwspanialszym wokalistą wszechczasów. „Sole Survivor” - kolejny brylant w koronie. Melodia, „dzikość serca” tkwiąca w gitarze Howe’a, doskonałe bębny Palmera i Downes - nadający kierunek kompozycji. „One Step Closer” to utwór, przy którym zawsze przychodzi mi do głowy, że stylistyka Big Country wypłynęła właśnie z niego. To była dla nich inspiracja. W „Time Again” są naprzemienne zmiany stylu, dynamiki i ekspresji. Smakowite dialogi pomiędzy klawiszami i gitarą.

Utwór „Wildest Dream” mogę nazwać kolejnym „megaprzebojem”. Prosty, powtarzalny akord i szalony wokal wzbogacony o chórki - to kwintesencja muzycznej zmysłowości. Choć muszę przyznać, że „oktawowe szaleństwa” Downesa i perkusja na końcu utworu, to po prostu prawdziwe mistrzostwo świata… I te dzwony…

„Without You” jest balladą okraszoną chórkami i łkającym brzmieniem gitary. W „Cutting It Fine” pojawia się akustyczna gitara i harmonie zroszone soczystą barwą głosu Wettona. A na zakończenie mamy gorący „słoneczny uśmiech” w formie aury, jaka otula kompozycję „Here Comes The Feeling”.

Ten album to przepiękny debiut. Taka zabawa brzmieniem, światłem i przestrzenią. Muśnięcie promieniami słońca, ciepło wiatru wtopione w lipcowe popołudnie i magia niekończących się dystansów pełnych światła i cienia. Potęga nieskończoności...

MLWZ album na 15-lecie