Muse - Will Of The People

Maciej Niemczak, Muse - Will Of The People

Panowie Matthew Bellamy, Chris Wolstenholme i Dominic Howard aż cztery lata kazali czekać swoim fanom na nowy album, gdzie normą w przypadku ich zespołu był przecież z reguły cykl trzyletni. No, ale w końcu jest! Grupa Muse wypuściła na rynek płytę zatytułowaną „Will Of The People”.

W międzyczasie zespół oswajał nas z nowym materiałem wydając aż cztery single, choć (to akurat moje zdanie) wszystko, co najlepsze utrzymali w tajemnicy do samego końca. Dziewiąty studyjny krążek Muse powstawał w Los Angeles i w Londynie. Jest inspirowany narastającą na świecie niepewnością i kruszącą się stabilnością dotychczasowego światowego układu. Wpływ na nowe utwory grupy miały takie wydarzenia, jak wojna w Europie, wybuch pandemii, liczne protesty, klęski żywiołowe i powstanie rysy na zachodniej demokracji. Jednym słowem: strach. Na „Will Of The People” Muse prowadzi słuchaczy poprzez swoje lęki i obawy. Próbuje też przygotować ich na to, co będzie dalej.

Każdy, kto zna twórczość zespołu, doskonale zdaje sobie sprawę, że to wszystko już było. Tematycznie nowy album niczym nie zaskakuje, muzycznie zresztą tak naprawdę też. Mimo to Muse udało się uniknąć wpadnięcia w pułapkę odtwórczości. Słychać wyraźne inspiracje innymi wykonawcami czy wcześniejszymi dokonaniami Bellamy’ego i spółki, jednak panowie nadal są mocni w tym, w czym byli od początku: w oryginalności. Na albumie „Will Of The People” mamy więc powrót, zarówno muzyczny, jak i tekstowy, do szczytowego momentu sławy Muse, do wątków, które po raz pierwszy w tak dużym stopniu zostały poruszone na wydanym w 2003 roku krążku „Absolution”. Sugeruje nam to już okładka płyty, przedstawiająca głowy muzyków zespołu, zamienione na obalane pomniki, wokół których biegają ludzie. Mamy więc do czynienia z wizualną anarchią, dystopijnym chaosem, którego wrażenie najbardziej oddaje ciepła, wręcz gorąca kolorystyka. Aby wyrobić sobie jakieś zdanie na temat najnowszego materiału grupy, mimo wszystko, należy się z tą płytą po prostu dobrze osłuchać. Dzięki temu wyłapiemy różne smaczki, którymi raczy nas Muse, co nie zmienia faktu, że już po pierwszym razie zauważymy, że jest to dobry album i nawet przez moment nie odczujemy znużenia. Nie pozwala na to i różnorodność utworów (ostre, spokojne, humorystyczne), ale i mieszanka stylów muzycznych (metal, synth pop, AOR, glam rock).

Płyta zaczyna się dość spokojnie, wręcz trochę tanecznie. Początkowe chórki perfekcyjnie wpasowują się w przekaz tytułowego kawałka. Taneczność i stonowanie to tylko pozory - zespół szybko nabiera tempa i mocy. Rytm mocno przypomina „The Beautiful” , wręcz odnosi się wrażenie , że za chwilę usłyszymy głos Marilyna Mansona.

Gdy wydaje nam się, że panowie całkiem zapomnieli o brzmieniu syntezatorów na rzecz ostrej gitary i mocnej perkusji, dostajemy świetny „Compliance” z łatwo wpadającym w ucho refrenem. Oto co Matthew powiedział o tym utworze: „Compliance” dotyczy obietnicy bezpieczeństwa i pewności, którą sprzedają nam potężne podmioty w chwilach słabości. Gangi, rządy, demagodzy, algorytmy mediów społecznościowych i religie uwodzą nas zwodniczymi nieprawdami i pocieszającymi bajkami. Chcą, byśmy przyłączyli się do ich wąskiego światopoglądu w zamian za posłuszeństwo i przymknięcie oka na nasz wewnętrzny głos rozsądku i współczucia. Potrzebują tylko naszej ustępliwości. To mocny tekst w słodkim opakowaniu – ja to kupiłem. Ciekawostka: klip do tego utworu był kręcony w Polsce!

Sporym zaskoczeniem może być numer „Liberation”, który kojarzyć się może z muzyką grupy Queen - spokojny początek i narastające napięcie, do tego chórek, dźwięki pianina, charakterystyczny falset Matta, teatralno-operowy klimat i mamy coś pomiędzy „Bohemian Rhapsody” i „Somebody To Love”. Utwór ten jest pięknym, z początku pozornym, hymnem o stworzeniu nowej przyszłości, o tym tytułowym wyzwoleniu właśnie. To zdecydowanie jeden z moich ulubionych utworów na płycie.

Następny kawałek to singlowy „Won’t Stand Down”. Mamy w nim mieszankę alternatywnego rocka (z bardzo fajnymi klawiszami) i ciężkich riffów metalowych. Bardzo dobrze się tego słucha. I gdy myślimy już, że płyta będzie się rozwijać właśnie w tym kierunku Muse raczy nas cudowną balladą "Ghost (How Can I Move On)". Choć to utwór dość emocjonalny, to pięknie wycisza dzięki udziałowi fortepianu w warstwie instrumentalnej. Moje klimaty…

Kolejny utwór to „You Make Me Feel Like It’s Halloween”, który wydaje się być muzycznym żartem. Jednak jest to piosenka o ofiarach przemocy domowej, która zbierała swoje żniwo w trakcie pandemii, co w wyjątkowy, metaforyczny sposób pokazuje filmowy teledysk. Słychać tu wyraźne inspiracje „Somebody’s Watching Me”… Rockwella!!!

„Kill Or Be Killed” to Muse w najcięższej postaci. Oto co powiedział o tym numerze Matt Bellamy: Chcieliśmy na tym albumie odświeżyć nasze hardrockowe brzmienie i w przypadku „Kill Or Be Killed” znaleźliśmy współczesne metalowe brzmienie z podwójną stopą, a nawet deathmetalowym growlem. W warstwie tekstowej piosenka czerpie inspiracje z mojego ulubionego utworu Paula McCartneya „Live And Let Die”. To mroczne spojrzenie na to jak przeciwności losu mogą czasami wydobyć najgorsze ludzkie instynkty, by przetrwać za wszelką cenę.

I znów powracamy do bardziej stonowanych dźwięków, gdzie jest dużo klawiszy. Utwór "Verona" niesie ze sobą podwójne znaczenie. Z jednej strony już sam tytuł przywodzi na myśl historię najsłynniejszej pary kochanków, Romea i Julii, których romans kończy się nieszczęśliwie dzięki nieporozumieniom i wspominanej w utworze truciźnie. Z drugiej strony, wspomnienie masek, dystansu i trucizny właśnie może odnosić się także do samej pandemii - tematu często pojawiającego się na albumie "Will Of The People”. Wydaje się, że nagranie to trochę przypomina swoim klimatem dark wave. Uwielbiam ten numer.

Utwór „Euphoria” to szalona poprockowa przejażdżka uzupełniona o syntezatory powtykane tu i ówdzie. Glamrockowy klimat z nutą progresywnego charakteru i hardrockową solówką.

"We Are Fucking Fucked" zamyka album i robi to fenomenalnie. Ostatnie, a jakże ważne, miejsce należy właśnie do tej piosenki i trudno wyobrazić sobie tam coś innego. Z tego utworu można dowiedzieć się, że to miejsce, do którego zabiera nas Muse na albumie "Will Of The People" to niestety świat, na którym dziś się znajdujemy. A jaki jest ten świat – tytuł mówi sam za siebie…

„Will Of The People” to wyjątkowy album pokazujący ‘Muse w pigułce’, będący, jak obiecali sami muzycy, powrotem do uwielbianych przez fanów rockowych klimatów. Na pewno znajdzie się na czołowych pozycjach muzycznych podsumowań roku. I słusznie. Panowie zmieścili się z całym materiałem w mniej niż czterdziestu minutach. Jak widać, można zrobić dobry, a nawet bardzo dobry, album bez nadmiernego rozciągania go w czasie.

MLWZ album na 15-lecie