Curlees - Thursday's Father

Maciek Lewandowski, Curlees - Thursday's Father

Kiedy w natłoku niezliczonej ilości nowych płyt, które regularnie, co tydzień, lądują w moim odtwarzaczu, natrafia się na taki skarb, to uwierzcie mi na słowo, że jest coś w tym i autentycznie można poczuć się niczym szczęściarz, znajdujący pokaźnych rozmiarów samorodek czystego kruszcu w czasach gorączki złota pod koniec XIX wieku! To chyba taki sam rodzaj adrenaliny i podniecenia, jeśli tak bardzo kocha się muzykę szczególnie niebanalną, wywołującą emocje, obezwładniającą swoim pięknem i szczerością.

Choć nuty i dźwięki materialnie nie odmienią naszej egzystencji w mgnieniu oka, ale jakże bardzo uzupełnią ją duchowo, wkradając się powoli, skutecznie przejmując nasz umysł i sprawiając tym samym, że nasze życie staje się przez to bardziej pełne, lepsze i bogatsze. A takim właśnie idealnym wręcz przykładem jest album zespołu o nazwie Curlees – „Thursday's Father”.

Stosunkowo niewiele można znaleźć informacji w sieci na temat tej kapeli i samego dzieła. Z krótkich notatek na serwisie Bandcamp możemy zaledwie dowiedzieć się, że muzyka ujrzała światło dzienne 4 maja 2022 roku, a siedzibą zespołu są… Zjednoczone Emiraty Arabskie.

Ponieważ wszystkie dźwięki zawarte na tym albumie tak mocno mnie zaintrygowały, a raczej oczarowały bezgranicznie, postanowiłem rozwikłać ich tajemnicę kontaktując się bezpośrednio z zespołem. Odzew był natychmiastowy i tak niezwykle miły, że spędziłem z przeogromną satysfakcją z liderem kapeli, kompozytorem i wokalistą Majedem Tamimi ujmujące dwa dni, oczywiście na tę chwilę tylko dzięki komunikatorowi w komputerze.

Tak wiec zapraszam Was do niezwykłego muzycznego świata, pełnego emocji, tragedii, strachu ale i… zwyczajnej ludzkiej beztroski, a nawet uśmiechu. Głównym przewodnikiem będzie oczywiście Majed, a ja postaram się mu godnie towarzyszyć i uczynić ze swojej strony wszystko, aby ta nadzwyczajne historie, opowiedziane za pomocą muzyki i słów, bardzo mocno urzekły również Was.

Curlees to kwartet muzyków pochodzących z Damaszku w Syrii. Tworzą go wspomniany lider i wokalista Majed Tamimi, gitarzysta Yamen Fahham, klawiszowiec Ghaith Totanjy i perkusista Anas KhierAllah.

Majed, Yamen i Anas wychowali się w tej samej dzielnicy Damaszku, zwanej Dummar's Project, natomiast Ghaith (zwany przez swych przyjaciół Gabe) mieszkał w dzielnicy Abu Rummaneh, co oznacza „Tata granatu”. „Tak, mamy tu zabawne nazwy dla dzielnic i jedzenia” - uśmiecha się przy tej okazji Majed, który wyznaje także, że sam jest Palestyńczykiem, urodzonym i wychowanym w Damaszku. A śmiejąc się ponownie dodaje: „Wiem, to skomplikowane, a musisz wiedzieć, że posiadam także jordański paszport”. No tak, życie w tamtym rejonie świata, tak bardzo wymieszanym kulturowo i etnicznie, nie jest tak proste jak u nas w Europie.

Ci sympatyczni i niezwykle otwarci ludzie wiedli całkiem normalne, czasem nudne, dzieciństwo w Damaszku. Muzycznie wszystko się zmieniło, kiedy w wieku 15 lat zaczęli słuchać rocka i zachwycili się ideą założenia zespołu. Bezpośrednią inspiracją stało się oglądanie koncertów w internecie takich artystów, jak Pink Floyd, Camel, Dream Theater czy Opeth. Dorastając przy tego rodzaju muzyce, sami postanowili grać utwory tych wykonawców. „Właściwie nasz pierwszy wspólny koncert był progresywnym trybutem” – wspomina Majed. „Zagraliśmy utwory Pink Floyd i Opeth, o ile dobrze pamiętam. Potem zdecydowaliśmy, że ja i Gabe będziemy kontynuować współpracę już na poważnie, a po jakimś czasie dołączył do nas Yamen. Nasz perkusista Anas zdecydował się na to najpóźniej i uzupełnił skład tak naprawdę dopiero w tym roku”.

Zapytany dlaczego właśnie taka muzyka miała na nich tak przełomowy i wielki wpływ, usłyszałem w odpowiedzi: „Zawsze podziwialiśmy długie utwory i czuliśmy, że potrzebujemy więcej przestrzeni do przedstawienia tego, co chcemy wyrazić lirycznie i instrumentalnie. W tym sensie czujemy, wielką bliskość z kapelami jakie wymieniłem wcześniej – tak, to bardzo silna więź i rodzaj wrażliwości, gdyż ten gatunek daje ci poczucie, że słuchasz historii, a nie tylko zwykłej piosenki, która sprawia, że cały czas zgadujemy bezbłędnie, co się stanie w ciągu następnych 30 sekund”.

Zapytany o najważniejszego artystę, którego ceni i którym się inspiruje, Majed bez chwili wahania odpowiada: „Jeśli miałbym podać tylko jedno nazwisko, powiedziałbym że Steven Wilson. On jest geniuszem, a jego prace to inny poziom. I wszyscy go kochamy. Ale mam też innych godnych nauczycieli, nie ograniczam się nigdy stylistycznie. Przede wszystkim uwielbiam artystów, którzy dotykają serca i grają muzykę, która porusza cię od wewnątrz i chyba tutaj muszę wspomnieć o gościu, którego bardzo podziwiam – to Jake Smith znany bardziej jako The White Buffalo” (to amerykański muzyk, piosenkarza i autora tekstów, pochodzący z Oregonu, będący pod dużym wpływem muzyków ludowych oraz takich artystów, jak Bob Dylan i Leonard Cohen – przyp. autor). „Gra alternatywną muzykę country i zawsze zadziwia mnie swoimi tekstami. Uwielbiamy też post rocka, zespoły takie jak Kwoon, This Will Destroy You, Mono, Tool czy God Is An Astronaut. Dlatego na naszym następnym albumie, nad którym właśnie pracujemy, dodamy trochę postrockowych wpływów do utworów.” Już teraz z niecierpliwością i ekscytacją zacieram ręce i nie mogę się doczekać!

A jaki jest sam album „Thursday's Father” i co w sobie kryje? To niespełna 41 minut wyjątkowo emocjonalnej muzyki. Po względem stylu, od pierwszego odsłuchu pokochają go fani Pink Floyd, Airbag, Camel, Marillion, Porcupine Tree, RPWL, Riverside, czyli wzorców wręcz doskonałych, idealnych. Chciałbym jednak podkreślić, że nie jest to zdecydowanie żadna kolejna ich kopia. Ci syryjscy muzycy mają naprawdę ten sam poziom wrażliwości w sobie i właśnie w taki sposób chcą opowiedzieć nam jakże ważne historie z życia, szczególnie jeśli sami byli i są bezpośrednimi świadkami tych zdarzeń. Płyta w większości to muzyczny zapis wojny w Syrii. Praktycznie każdy utwór mówi o jej okropnościach i aspektach lub rezultatach, jakie wynikają z tej największej możliwej tragedii, jaka dotyka ludzi, ich rodziny i całe narody…

Materiał powstawał w latach 2014–2017 w domowym studio gitarzysty Yamena Fahhama w Damaszku. Już samo miejsce nagrywania może uruchomić naszą wyobraźnię, w jak trudnych warunkach powstawały te wszystkie nasączone do bólu szczerością i emocjami dźwięki. Choć studio było skromne, a podstawowych problemów nie brakowało. Jak wspomina Majed: „Nie mieliśmy przykładowo odpowiedniego mikrofonu, wszystkie wokale zostały nagrane za pomocą niskiej jakości mikrofonu dynamicznego, wyposażenie było wręcz minimalne, a często, jak to podczas wojny, nie mieliśmy prawie żadnego prądu do pracy. Resztę przeżyć i tego, z czym musieliśmy się zmagać, pozostawię Twojej wyobraźni…”.

Dlatego nagrywanie albumu trwało dość długo. Głównym autorem utworów jest Majed. To on napisał teksty oraz podstawowe akordy poszczególnych piosenek, do których reszta muzyków dodała swoje akcenty w postaci aranżacji, solówek i pomysłów, jakie wpłynęły na ostateczny efekt ich brzmienia. Wyjątek w zestawie, tych zaledwie siedmiu kompozycji, stanowi kompozycja „Fear” napisana głownie przez klawiszowca Ghaitha Totanjy.

Co zaskakuje od pierwszego wręcz przesłuchania? Pomimo tych wszystkich potwornych uwarunkowań, problemów i perturbacji z okolicznościami powstania albumu i skromnym sprzętem, albumu słucha się doskonale! To wielka zasługa szczerości tej muzyki i wrodzonego talentu samych twórców. To wszystko płynie autentycznie prosto z serc tych niezwykłych artystów. Płyta jest niezwykle dojrzała. Nie czuć w żaden sposób, że mamy do czynienia z debiutantami, w dodatku z tak egzotycznego dla nas kraju. A co jeszcze, oprócz wojny, skłoniło tych niezwykłych muzyków do nagrania płyty? „Wierzę, że dzielenie się z ludźmi naszymi uczuciami i opiniami, opowiadanie historii i opisywanie świata wokół nas poprzez muzykę jest uczuciem, którego poszukuje każdy prawdziwy i szczery artysta. Być tak blisko na poziomie osobistym z tak wieloma ludźmi i opowiadać im o tym, co naprawdę dzieje się w twojej głowie w piękny misterny sposób, to coś bezcennego! Osobiście poczułem to na jednym z naszych koncertów w Syrii, kiedy tłum zaczął śpiewać tekst utworu „Quad”. Słowa, które napisałem w ciemności, przy świeczce, przed snem, teraz odbijały się echem w stosunkowo dużej sali. To było wspaniałe uczucie, zwłaszcza, że ten utwór jest wspomnieniem i zapisem mojego bardzo osobistego i smutnego doświadczenia”.

Czy coś jeszcze można dodać do tych szczerych i przejmujących słów? Jeśli już to tylko i wyłącznie samą muzykę! Album otwiera trzyminutowe intro „Pilar”. Aksamitny fortepian, niczym delikatne odgłosy przyrody przygotowują nas na nadchodzącą emocjonalną burzę. Mniej więcej w połowie ta subtelność dźwięków staje się bardziej niespokojna, aby pod sam koniec stać się prawie ciszą… To wyborne wręcz wprowadzenie do całej płyty, tworzące odpowiedni nastrój przed tym co dopiero nastąpi…

A pod nr 2 znajduje się ponad siedmiominutowy, wspomniany już, „Quad”, inicjowany przeszywającą partią gitary, z rodzaju tych, które rozpalają momentalnie słuchacza gdzieś od środka do czerwoności duchowej ekstazy. Stosunkowo szybko do tych nieziemskich strun, dołącza stonowany wokal Majeda, sekcja rytmiczna oraz partia instrumentów klawiszowych, a wszystko jako całość idealnie nadaje tło i współgra z emocjami buzującymi, szczególnie w drugiej części utworu. Słychać tam tyle napięcia, że nie sposób tego opisać zwykłymi słowami. Ale tu, aby to wszystko zrozumieć, z pomocą przychodzi ponownie Majed: „Napisałem tę piosenkę dla mojego przyjaciela, który został aresztowany w Syrii na tydzień i był torturowany tylko dlatego, że był w złym miejscu o złym czasie, kiedy motocykl przejechał obok i zastrzelono dwóch żołnierzy na ulicy, obok jego domu. Miałam ogromne poczucie winy, gdyż to ja opóźniłam nasze spotkanie o godzinę… Gdyby nie ja, nie ta decyzja, być może ominęłoby go to straszne doświadczenie. Oczywiście dowiedziałem się o tym wszystkim już po tym jak wyszedł z aresztu. Choć nie pokazał się na naszym spotkaniu i nie odbierał telefonów przez tydzień, zakładałem, że zaginął, został porwany lub gorzej…”.

„Quad” przybliża nam zatem koncepcję więzienia, czy to fizycznego, umysłowego i emocjonalnego. Ukazuje jak to jest cierpieć w jednym z każdego rodzaju tych traumatycznej sytuacji:

As the light hits my body

I see no shadow on the ground

Fading from someone to nobody

One more soul lost in the crowd

I fool myself to hide my tears

I close my eyes but I still see

 

And as the endless walls surround me

I dream to see the sun again

I long to smell the blossomed roses

and leave this dirty place of sin

 

Once more it kills me

The waiting behind those iron bars

No one feels it but the soul beside me

Control is theirs and pain is ours

A concrete sky lies above me

Scratched with starless dreams and hopes

 

And as the endless walls surround me

I dream to see the sun again

I long to smell the blossomed roses

And leave this dirty place of sin

 

And as the endless walls surround me

I dream to see the sun again

I long to smell the blossomed roses

And leave this dirty place of sin

 

And as the endless walls surround me

I dream to walk under the rain

I long to smell the blossomed roses

And leave this dirty place of sin

Kolejny utwór to jedna z najbardziej burzliwych, neurotycznych i… przerażających historii na płycie. Najdłuższy w zestawie, trwający ponad osiem minut, „Ocean Calls” to historia zainspirowana koszmarnym zdjęciem Alana Kurdi - niespełna trzyletniego syryjskiego dziecka pochodzenia kurdyjskiego, który utonął wraz z matką i bratem przy próbie przepłynięcia Morza Śródziemnego z tureckiej wioski Akyarlar do greckiej wyspy Kos. Szokujące zdjęcie jego ciała wyrzuconego na plażę obiegło wszystkie światowe media podczas kryzysu migracyjnego w 2015 roku, wywołując wstrząs i niedowierzanie tej ogromnej tragedii wśród opinii publicznej we wszystkich krajach.

Jakich dobrać teraz słów, aby opisać kompozycję próbującą zilustrować muzycznie takie nieszczęście? Poziom emocji jest tu tak ogromny, że każdy opis tej sztuce nie dorówna. To dźwięki każdego uciekiniera z piekła wojny, emigranta, podróżnika, który musiał zostawić praktycznie w jednej chwili wszystko co miał. Zostawić swój dom, bliskich, przyjaciół w pogoni za spokojem i wiarą w wolne życie… To pieśń dla tych wszystkich, którzy stracili życie, przemierzając morza, ale i niezliczone ilości kilometrów, natrafiając często na wrogość tych, na których pomoc liczyli. Na mury i zasieki (!!!), szczucie psami, aby nie mogli dalej iść w pogoni za namiastką spokoju, czy tak prozaicznych rzeczy, jak woda, leki i odrobinę spokojnego miejsca, aby usnąć, odpocząć od kołatających się wciąż w głowie hałasów bomb, wystrzałów i krzyków przerażenia…

I niech te słowa Majeda zapadną nam na zawsze w pamięci i będą dla nas wszystkich najlepszą refleksją: „Wierzę, że najgorszą sytuacją, jaka może spotkać każdego człowieka, to aby czuć się niebezpiecznie w swoim własnym kraju! Kiedy ludzie uciekają przed śmiercią, pozostawiając wszystko za sobą, a Syryjczycy nie mieli niejednokrotnie innej drogi ucieczki niż przez morze, rozbitymi łodziami, płacąc za to wielką ofiarę w postaci wielu utopionych mężczyzn, kobiet i dzieci. Nie życzę tego nikomu! Ten utwór dedykujemy duszy Alana Kurdiego, ale także dedykujemy go narodowi ukraińskiemu, który teraz tak dzielnie walczy obok twojego kraju. Życzymy im z całego serca spokojnych dni, które, wierzymy mocno, nadejdą wkrótce…”.

Po tych słowach na długo miedzy nami zapadła cisza, gdyż co można jeszcze po nich dodać i powiedzieć? Zapętliłem więc „Ocean Calls” i starałem się za pomocą tych dźwięków i słów odreagować, zrozumieć, poczuć… W takich przypadkach muzyka to najwspanialsze lekarstwo na najgorszy rodzaj bólu i traumy. Choć finalny odgłos fal i TEN obraz powoduje, że człowiek zastyga wręcz w swojej niemocy… I pozostają tylko łzy, oznaka bezradności czy wręcz letargu.

Ścieżka nr 4, choć tytuł jej to „Fear”, jest bajecznie piękna i przynosi pewien rodzaj ukojenia. Inicjuje ją cudowny fortepian, do którego dołącza ciepła, rozmarzona gitara. To ponownie ponad siedem minut czystej ekstazy dla umysłu i duszy. W utworze tym usłyszymy gościnny wokal Marwana Agha – syryjskiego wokalisty i jednego z najbliższych przyjaciół zespołu Curlees. Kiedy jeszcze było to możliwe towarzyszyli sobie i odbyli wiele wspólnych koncertów w Syrii. „Fear” to utwór dla wszystkich, którzy czuli się i czują się uciskani i bezradni. Dla tych, którzy nie są w stanie zmienić okoliczności, gdyż nie mają na nie wpływu i w rezultacie stają się bezradni, nie mogąc być tym kim chcą… To także utwór dla niezliczonej ilości rzesz ludzi, którzy pomimo tego, że mamy ten wspaniały, ale ‘schizofreniczny’ XXI wiek, cierpią nadal z powodu przeróżnych koszmarów, korupcji i ciemiężycieli u władzy, doprowadzających do wszelakich niesprawiedliwych wojen, okrywających czarnym cieniem nasze życie, które przecież powinno wyglądać zupełnie inaczej. Kim przez to wszystko jesteśmy, kim się stajemy? Czy tracimy swoje prawdziwe ‘ja’, stając się częścią tego całego wszechobecnego zła i niesprawiedliwości?

Tonight I felt the end

With broken legs

And shattered tears

Tonight it was the rest

Had broken arms

And no fingers I feel

 

Some feel sick

And some feel sad

No more days and no more nights

In my case it's just so blank

When this world

Turns to ice

 

You see I had my throat

Shouted and screamed

Now I can sing

And have no fear

I tak oto dochodzimy do utworu nr 5 na albumie i jednocześnie do kompozycji tytułowej „Thursday's Father”. To stosunkowo krótka piosenka, rodzaj balladowej opowieści o wewnętrznej walce pomiędzy tym co chcemy robić, a tym co musimy. Inspiracją do jej napisania dla Majeda stała się historia jego przyjaciela Khamisa (co w języku syryjskim oznacza ‘czwartek’). „Jego ojciec zostawił go, gdy był on jeszcze praktycznie dzieckiem i wybrał inny sposób na życie. Uciekł w hazard i wybrał swoją drogę, kosztem rodzimy. Nigdy nie wrócił do syna, a gdy Khamis miał 17 lat dowiedział się, że jego ojciec zginął w wypadku samochodowym. Kuszące jest pozostawienie wszystkiego za sobą i podążanie za swoimi często bardzo złudnymi pragnieniami, ale jakim kosztem? Napisałem więc o tym piosenkę i zdecydowałem się nadać jej tytuł całemu albumowi”.

Choć udało mi się dowiedzieć od Majeda, że jest i druga historia tego utworu. Dotycząca postaci politycznej, ale tutaj, na portalu MLWZ.PL dzielimy się wyłącznie muzyką i dobrem, wiec nie będę rozwijał tego tematu…

W „Thursday's Father” usłyszymy ponownie czarowną gitarę i spokojny, już bardziej opanowany wokal, śpiewany bardziej z perspektywy refleksji niż targających przerażających emocji.

Przedostatni w zestawie utwór zatytułowany „Up” inicjuje dobitna linia basu, tym razem agresywniejsza rockowa odsłona gitary i klawiszowy podkład. To zdecydowanie najbardziej dynamiczny utwór na płycie, choć w jego ostatniej fazie pojawiają się nostalgiczne nuty zadumy. To również utwór o ojcu, ale tym razem z pozytywnym przesłaniem. Ojciec powinien być wzorem, autorytetem, obrońcą. Zapewnić bezpieczne miejsce do życia, pełne ciepła i siły. To także ktoś kto „podnosi cię do góry, kiedy jesteś w dole”. To wzór ojca, który jest prawdziwym światłem w życiu swoich dzieci.

Tę niezwykłą płytę wieńczy, ponownie rozmarzona, brzmiąca jakże floydowo kompozycja „Kenna”. To jedyny utwór śpiewany w języku arabskim i choć brzmi do pewnego momentu dostojnie i patetycznie, to mniej więcej w środkowej części, pokazuje sarkastyczne, a nawet wręcz humorystyczne podejście muzyków do życia. Pomimo tych wszystkich nieszczęść, ogromu łez, gniewu i bezradności, jest codzienną, może błahą, historią przyjaciół, siedzących zwyczajnie w parku, tylko po to żeby odpocząć od trudów życia, aby się wspólnie pośmiać. Majed specjalnie dla Was przetłumaczył ten poniższy wers, który dobitnie udowadnia, że nasze życie składa się także z prozaicznych chwil, których tak często nie doceniamy:

„Byliśmy,

siedzieliśmy

i nagle

wstaliśmy

i kiedy

zmęczyliśmy się staniem

wróciliśmy i usiedliśmy ponownie”.

Wielokrotnie pisałem i podkreślałam, ze sztuka, ludzka wrażliwość, nie zna pojęcia granic. Nie dzielą jej religie, ani polityka. Wszyscy jesteśmy takimi samymi ludźmi, którzy doświadczają tych samych emocji w życiu. Nasze łzy mają ten sam słony smak, serce przeżywa te same rozterki, oczy i umysł obserwują i analizują ten sam wschód i zachód Słońca, a wszelkie refleksje na temat życia zależą tylko od naszej empatii, wrażliwości, rozumu i wychowania… Życie jest zarazem wszystkim i jedynym co mamy. Ból i cierpienie pojawia się kiedy nie mamy na nie wpływu. Kiedy zło i nienawiść dookoła nas zaczynają triumfować i zbierać swoje straszliwe żniwa, siejąc w nas strach i niepokój. Ale czy poddać się to jest rozwiązanie? Zawsze jest jakiś choćby promień nadziei. Mocno w to wierzę. Zawsze na swojej drodze znajdziesz człowieka, który poda ci rękę, gdyż jest taki sam jak TY. Dzielą nas tylko ludzie źli, okrutni, bezwzględni! W myśl swoich interesów czy wręcz sadystycznych pobudek! Ale takich potworów jest mniej! Żadna władza nie trwa wiecznie. Każdy człowiek rodzi się po to, by kochać, być szczęśliwym i pozostawić po sobie część dobroci dla innych…

Na koniec tej, być może odrobinę za długiej opowieści, chciałbym Wam jeszcze przybliżyć trzy sprawy.

Pierwsza to geneza okładki płyty, która w jakiś magiczny sposób zwróciła moją uwagę i dzięki temu zawarta na niej muzyka na zawsze skradła moje serce. Kiedy zapytałem o nią Majeda, odpowiedział: „Pamiętam, że kiedy byłem dzieckiem, z tyłu samochodu mojego ojca, patrzyłem na te majestatyczne elektryczne wieże na poboczu drogi, jedna po drugiej, niczym stado słoni.

Wtedy jeszcze nie wiedziałem, jaki jest ich cel. Wyglądały dla mnie jak obce konstrukcje, ale byłem nimi zafascynowany. Wróciłem do tego wspomnienia podczas wojny, kiedy nie mieliśmy elektryczności i poczułem, że te wieże przypominają mi to, jak widzieliśmy siebie wtedy… Teraz stały już bez swojego celu, zardzewiałe i zmęczone, ale wciąż okazałe i wciąż stojące wysoko w milczeniu”. Okładkę ostatecznie zaprojektował gitarzysta Yamen Fahham.

Druga sprawa jak nie dawała mi spokoju, to nazwa zespołu. I tu kiedy usłyszałem odpowiedź, moja wyobraźnia sprawiała mi wielką radość, a nawet nieskrępowany uśmiech… Śmiał się również Majed: „Nazwa? Ha ha, wzięła się od tego jak zobaczyliśmy pijanego Gabe’a (klawiszowiec Ghaith Totanjy), który starał się naśladować pewną arabską celebrytkę z kręconymi włosami, która grała w reklamie szamponu, mówiąc szczerze robiła to bardzo tandetnie i… (tu pada niecenzuralne słowo). Wypowiadała ona trywialną i sztampową kwestię „Moi fani są przyzwyczajeni do oglądania moich kręconych włosów". A ponieważ Gabe ma także kręcone włosy, a wszyscy wtedy dobrze się bawiliśmy, zdecydowaliśmy, że właśnie tak nazwiemy nasz zespół – Curlees – co po arabsku można przetłumaczyć jako „proste, kręcone”. W tej historii jakże dobitnie widać tą jakże pozytywną, zwariowaną stronę młodych ludzi, tak bardzo ceniących zwyczajne życie, beztroskie chwile i wspomnienia, dzięki którym mogą się śmiać nawet po przeżyciu tylu nieszczęść.

Na koniec zapytałem Majeda co chciałby przekazać Wam, drodzy Czytelnicy i Słuchacze Małego Leksykonu Wielkich Zespołów. I oto co odpowiedział: „Z racji tego, że mieszkam teraz w Dubaju i na co dzień pracuję jako członek personelu pokładowego w liniach lotniczych, latam z załogą z Polski prawie co tydzień. To niezwykle mili i serdeczni ludzie i… uwielbiają dobrze się bawić, humor ich nie opuszcza (to jeden z powodów, dla których ich kocham…). Mam też bliską przyjaciółkę z Polski. Nazywa się Natalia. Poznaliśmy się około dwa lata temu. Jest jedną z najmilszych osób, jakie poznałem w swoim życiu. A co chciałbym powiedzieć polskim słuchaczom, ale i tym na całym świecie? Niech będzie to cytat z piosenki Willa Varleya (angielskiego muzyka, piosenkarza i autora tekstów, cytat pochodzi on z utworu „As For My Soul” z albumu „Postcards From Ursa Minor” (2015) - przyp. autor):

„Come let's light a fire

Drink a beer and sing a song

We'll be dead before we know it

We don't have very long

As the world outside collapses

And confuses right and wrong

Light a fire

Drink a beer...

Sing a song…”

Zdarzają się w życiu takie chwile i momenty, że od razu zdajesz sobie sprawę, że nigdy, żeby nie wiem co się wydarzyło, nie zapomnisz o ich…. Kiedy kochasz tak bardzo muzykę i natrafisz na taką płytę, to jest właśnie taka chwila... Od pierwszego przesłuchania czujesz, że to coś więcej niż tylko i aż muzyka. Tak jak w bursztynie na wieki potrafi zastygnąć części historii, tak i nuty potrafią na zawsze wytatuować nasze serce duszę i umysł. Takim przykładem jest właśnie album zespołu Curlees „Thursday's Father”. Mój osobisty kandydat do miana Odkrycia i Debiutu tego roku!!!

Mam wielką nadzieję, że nie znudziłem Was tym zbyt długim tekstem i liczę, że zagłębiając się w te niezwykłe dźwięki, odkryjecie na swój sposób te wszystkie niezwykłe historie oraz prawdy uniwersalne i stare jak cały świat, bez granic państw, bez wykorzystującej nas do nikczemnych celów polityki i religii… tak jak śpiewał to John Lennon w nieśmiertelnym i jakże uniwersalnym „Imagine” (with a dedication to you Majed, my Friend):

Imagine there's no heaven

It's easy if you try

No hell below us

Above us, only sky

Imagine all the people

Livin' for today

Ah

Imagine there's no countries

It isn't hard to do

Nothing to kill or die for

And no religion, too

Imagine all the people

Livin' life in peace

You

You may say I'm a dreamer

But I'm not the only one

I hope someday you'll join us

And the world will be as one

Imagine no possessions

I wonder if you can

No need for greed or hunger

A brotherhood of man

Imagine all the people

Sharing all the world

You

You may say I'm a dreamer

But I'm not the only one

I hope someday you'll join us

And the world will live as one.

MLWZ album na 15-lecie