Fases - El Camino del Selk'nam

Tomasz Dudkowski, Fases - El Camino del Selk'nam

Grupa Fases powstała w 2014 roku w Santiago De Chile. Początkowo przewinęło się przez nią 15 różnych muzyków. Pod koniec wspomnianego roku do składu dołączył Daniel Bolla, który początkowo był wyłącznie wokalistą, ale wkrótce zaoferował reszcie zespołu także swoje usługi jako drugi gitarzysta. Niedługo potem dołączył Miguel Seguel, który zajął stanowisko basisty śpiewającego także w chórkach. Gdy dotychczasowy pierwszy gitarzysta opuścił grupę, Bolla zajął jego miejsce, a świeży nabytek, Fabián Salas, uzupełnił jej brzmienie o drugi instrument z sześcioma strunami. Od tego czasu Fases występują w tym samym zestawieniu, które uzupełniają Enrique Araya (perkusja) i David Huenchun (instrumenty klawiszowe, gitara).

W 2016 roku zadebiutowali EP-ką „Introspección”, która przyniosła 30 minut muzyki utrzymanej w klimatach rocka progresywnego, alternatywnego i post rocka. We wspólnych kompozycjach muzyków można było usłyszeć inspiracje muzyką Tool, Deftones, Porcupine Tree, Opeth czy (z tych starszych) Pink Floyd, King Crimson i Los Jaivas (legendarny zespół z Chile działający od lat 60. i grający mieszankę folku i prog rocka). Wśród inspiracji wymieniają też grupy Oceansize, Russian Circles, Soen, If These Trees Could Talk, czy… Tides From Nebula. Płyta „Introspección” była promowana koncertami u boku takich zespołów, jak 2X, Volkan, Nubes, Kiroptera, Chaicura i Legrant. Trzy lata później wrócili singlem z nagraniem „Otoño”, którego początki sięgały czasów zanim jeszcze zespół został założony. Wtedy jeszcze była to zwykła akustyczna piosenka, która potem została obudowana brzmieniami innych instrumentów (choć nadal głównie oparta została na brzmieniu gitary akustycznej). Zyskała też tekst, który ‘daje nam do zrozumienia, że nie wrócimy już do przeszłości, a żadne dwie jesienie nie są takie same. Dlatego strata i ból będą tylko wspomnieniami dawnej przeszłości w morzu wspomnień, z którego, gdzieś w naszej duszy, wyłoni się kontynent pełen nostalgii’…

9 sierpnia, po długim procesie komponowania, na co wpływ miała pandemia, ukazał się drugi minialbum zatytułowany „El Camino del Selk’nam”. Pomysł na koncept oraz teksty to dzieło wokalisty, który tak wyjaśnia jego genezę: „Po obejrzeniu filmu dokumentalnego "El botón de nácar" (pol. „Guzik z masy perłowej”) Patricio Gúzmana, zostałem wciągnięty w tajemnicę ludu Selk'nam i tego, jak byli celem polowań i jak europejscy najemnicy (w tym Julio Popper, który był jednym z najbardziej okrutnych myśliwych) ich zabijali oraz tego jak rząd Chile, które pod koniec XIX wieku, wciąż było bardzo młodym krajem, wspierał te działania w imię postępu”.

Przybliżę, w dużym skrócie, o czym mówi Daniel. Selk’nam (czy też Ona) to uznany za wymarły lud zamieszkujący od tysiącleci wyspy rozciągające się od Patagonii po Antarktydę w tym Ziemię Ognistą. Po raz pierwszy zetknął się on z Europejczykami w 1599 roku, gdy holenderska flota pod dowództwem Oliviera van Noorta wpłynęła do Cieśniny Magellana. Doszło wtedy do starcia, w wyniku którego zginęło około 40 tubylców. Trudne warunki klimatyczne nie zachęcały przez wieki do osiedlania się tu przybyszy. Jednak pod koniec XIX wieku sytuacja się zmieniła. Europejczycy zaczęli eksplorować tereny wydobywając z niej rudy metali (w tym złoto) oraz zakładając rancza kauczukowe, pozbawiając tym samym tubylców terenów łowieckich ich przodków. Dodatkowo Selk’nam polowali na hodowane przez nowoprzybyłych owce, uważając je za zwierzynę łowną, a nie własność prywatną. Zostali uznani za kłusowników i byli ścigani przez uzbrojone grupy opłacane przez właścicieli rancz. Aby uzyskać nagrodę, członkowie tych grup odcinali ofiarom uszy (mężczyznom) lub piersi (kobietom) jako dowód na wykonanie zadania. To oraz choroby przywiezione przez przybyszy doprowadziło do całkowitego wyginięcia ludu. W połowie XIX w. żyło ooło. 4000 Selk’nam, w roku 1919 zostało ich zaledwie 297. Ostatnia pełnokrwista przedstawicielka ludu, Ángela Loij, zmarła w 1974 roku.

Oddajmy raz jeszcze głos Danielowi: „Ideą było opowiedzenie o tym, jak ta uniwersalna osoba (nie myślałem o żadnej konkretnej płci, kiedy pisałem teksty) zostaje przywieziona do tej mistycznej krainy i napotyka nowy świat, a następnie staje w obliczu niesprawiedliwego i przedwczesnego upadku... Ten album jest wezwaniem do zapamiętania naszej rodzimej historii i naszego dziedzictwa. Tubylcy w naszym kraju wciąż są traktowani jak terroryści przez rząd, który ich nie rozumie i systematycznie dyskryminuje”.

Powyższe myśli zostały zawarte w pięciu utworach, które łącznie trwają 32 minuty, czyli całkiem sporo jeśli weźmie się pod uwagę, że jest to minialbum. W czterech z nich słyszymy śpiew w języku hiszpańskim, natomiast jeden to nagranie instrumentalne. Ale po kolei…

Wydawnictwo rozpoczyna pieśń „Fundación”, w której początkowo rządzą gitara akustyczna, fortepian i melodyjny śpiew, który potem staje się bardziej emocjonalny, czemu towarzyszą ostrzejsze riffy i mocniejsza praca sekcji. W drugiej części płynnie mieszają się ze sobą prog metal i post rock. A wszystko to brzmi niezwykle naturalnie. To wręcz książkowy przykład jak można łączyć (co prawda nie do końca odległe, ale jednak) style oraz jak rozpoczynać płytę, by przykuć uwagę słuchacza i zachęcić go do dalszej muzycznej podróży.

Drugie nagranie nosi tytuł „Haín”. Była to ceremonia mająca na celu wtajemniczenie młodych mężczyzn w wieku od 14 do 18 lat w dorosłe życie. „W samym środku odizolowanego, zimnego i niegościnnego terytorium Ziemi Ognistej, różne grupy Selk'nam zbierały się, aby przeprowadzić ceremonię i zbudować na otwartej przestrzeni wielką chatę, do której zabierano młodych nastolatków i w której z ognia wyłaniały się dwa najbardziej przerażające duchy. Istoty o nadnaturalnym wyglądzie, z wymalowanymi nagimi ciałami i maskami zakrywającymi twarze, wyłaniały się z wielkiej chaty lub lasu - symbolizującego Niebo - i zaskakiwały kobiety i dzieci swoimi objawieniami. Były one potajemnie reprezentowane przez mężczyzn i tylko młodym wtajemniczonym ujawniano ich prawdziwą tożsamość podczas intensywnego treningu fizycznego i duchowego, podczas którego uczyli się od starszych tradycji swojego ludu”.

Tym razem na otwarcie otrzymujemy dźwięki basu, który kojarzy mi się z początkiem nagrania „Estonia” Marillion. Potem ponownie jest balladowo, by za chwilę zachwycić intensywnym gitarowym duetem łagodzonym motywem klawiszowym. Bolla po raz kolejny udowadnia, że potrafi perfekcyjnie budować nastrój swoim głosem, co w połączeniu z energicznym podkładem sprawia, że możemy nieomal zobaczyć wspomniane wcześniej duchy.

Kompozycję „Encuentro” rozpoczyna Huenchun, który wygrywa pojedyncze nuty, wzmocnione pogłosem, na swojej klawiaturze. Po chwili dołączają do niego koledzy, serwując w pierwszej części kolejną spokojną opowieść, która z czasem nabiera siły, by następnie przejść do wręcz metalowego czadu, ale bardziej w stylu Porcupine Tree. Przed nim jednak otrzymujemy krótką melodyjną solówkę, która mocno kojarzy mi się z tym, co proponował nieodżałowany Piotr Grudziński. Jestem sobie w stanie bez problemu wyobrazić, że (z angielskim tekstem) ten kawałek mógłby znaleźć się w repertuarze Riverside. 6 minut naprawdę doskonałego utworu! W tekście Bolla opowiada o tragicznych skutkach tytułowego spotkania Selk’nam z Europejczykami:

„Spójrz i znajdź mój głos, powiedz mi, czy żyję w tobie, spójrz i znajdź mój głos...

Straciłem swoją prawdę, moja pierś otwarta jest na ciemność

Płaszcz nocy, uderzenie w pierś

Straciłem swoją prawdę, ziemię z kamiennymi żyłami - lód, który pali...

Ciche kroki, ich delikatne ręce

Straciłem swoją prawdę, oceany tak święte, duch przodków

Płótno z gwiazd, rytuał z cierni

Straciłem swoją prawdę, pamięć zniszczona i ja – nie mogący znaleźć przyczyny”.

Jako czwarte pojawia się nagranie zatytułowane „Herencia” („Dziedzictwo”), które w odróżnieniu od wcześniejszych ścieżek, od razu atakuje słuchacza riffami gitar i motywem klawiszowym. Co prawda i tu jest miejsce na wyciszenie, jednak jako całość pieśń jest zdecydowanie najostrzejszym fragmentem albumu, w którym gitary i sekcja rytmiczna tworzą ścianę dźwięku niepozbawioną odrobiny liryki wyrażonej śpiewem oraz klawiszowymi pasażami:

„Gdzie spoczywają, ziemia i ogień?

Dokąd maszerujemy, czy będziemy marzeniami?

Zobaczysz, że powstanę, ziemia zmieni swoją skórę na moją

Gdzie spoczną, ziemia i ogień?

Dokąd pójdziemy, czy będziemy marzeniami?

Pustynia obnażona, echa ciszy, echa ciszy!

Konstelacja, schronienie w gwiazdach

A my będziemy bliznami na ziemi!”.

Dodam, że to ostatnie zdanie (oryg. "Seremos cicatrices en la Tierra") widnieje na oficjalnej stronie zespołu (www.fases.cl) jako motto.

Pozostała jeszcze jedna ścieżka, którą wypełnia instrumentalny utwór tytułowy. Tu wrzucę małą dygresję. Jest to pierwsze nagranie w dotychczasowej dyskografii grupy, którego tytuł składa się z więcej niż jednego wyrazu. Jednak nie to jest tu najistotniejsze. Przez 7 minut utwór, we wciągający sposób, przenosi nas w tajemnicze rejony południowych krańców Ameryki za pomocą przestrzennych gitar tworzących muzyczne trio z klawiszowymi nutami. Całość brzmi niczym połączenie twórczości naszych grup Tides From Nebula i Lebowski. W środku nagrania słyszymy tajemniczy głos wypowiadający niezrozumiałe słowa (przypuszczam, ale niestety nie udało mi się tego potwierdzić, że są one wypowiedziane w języku Ona). To wspaniały finał tego niezwykle udanego wydawnictwa, które zostało ozdobione cudowną okładką, której autorem jest Nicolás Lopez. Miała ona duży wpływ na to, że zapragnąłem zapoznać się z zawartością tego albumu. Bo choć formalnie zespół traktuje go jako EP-kę (czy minialbum), to czas jego trwania jest tylko niewiele krótszy od niektórych „pełnowymiarowych” płyt. Przyjmijmy zatem propozycję Chilijczyków z należnym uznaniem, bo to pozycja naprawdę godna uwagi, niezwykle równa, pozbawiona słabych punktów, wciągająca i okraszona wspaniałym, melodyjnym wokalem wyśpiewującym po hiszpańsku teksty o niełatwej historii najdalszego zakątka Południowej Ameryki.

Album ukazał się w wersji cyfrowej. Można go zakupić na stronie fases.bandcamp.com.

MLWZ album na 15-lecie