Porcupine Tree - Staircase Infinities

Przemysław Stochmal, Porcupine Tree - Staircase Infinities

W swoim pierwotnym założeniu druga płyta Porcupine Tree „Up The Downstair” miała być wydawnictwem podwójnym. W ferworze procesu kompletowania albumu przeznaczony początkowo do jego programu utwór „Voyage 34” skończył jako autonomiczne wydawnictwo, a część gotowych kompozycji wylądowała na półce. Kiedy po ponad roku od wydania płyty Steven Wilson otrzymał od holenderskiej oficyny Lazy Eye Records ofertę publikacji dziesięciocalowej winylowej EP-ki, sięgnął do części odstawionych kompozycji i nagrań powstałych nieco później. Wkrótce pojawił się na rynku swoisty suplement „Up The Downstair”, opatrzony zresztą modyfikacją tego samego okładkowego zdjęcia autorstwa braci Machielse.

Półgodzinna „Staircase Infinities” już wówczas stanowiła raczej dokumentalną ciekawostkę, aniżeli materiał mogący w obiektywny sposób określić aktualny w momencie wydania artystyczny wizerunek Porcupine Tree. W momencie premiery winylowej płyty pod koniec 1994 roku (reedycje kompaktowe pojawiały się już wkrótce potem), solowy projekt Wilsona słyszany w tym materiale od dwunastu miesięcy funkcjonował już jako kwartet, mając zresztą na koncie wydawnictwo koncertowe „Spiral Circus” i nagraną w nieco innym składzie improwizację wydaną pod tytułem „Moonloop”, a przede wszystkim posiadając praktycznie gotowy do publikacji album długogrający „The Sky Moves Sideways”.

Nie da się zresztą ukryć, że materiał z minialbumu sam w sobie nie brzmiał na tyle atrakcyjnie, by móc stawać w szranki z nową muzyką grupy, którą lada moment świat miał poznać. W obliczu dynamicznego rozwoju Porcupine Tree w tamtym konkretnym czasie muzyka z EP-ki nie miała wielkich szans zaistnienia w żelaznym kanonie formacji, choć pewien potencjał być może nie pozwalał na zupełne przekreślenie bezpańskich nagrań. Jako że w tamtym czasie priorytety rozwoju grupy leżały naturalnie zupełnie gdzie indziej, „Staircase Infinities” okazało się być zestawem kompozycji po części niedokończonych, po części nazbyt silnie tkwiących w minionych już trendach jeżozwierzowych poszukiwań.

„Cloud Zero” i „Navigator” do dziś sprawiają wrażenie pewnych instrumentalnych szkiców, rytmicznie ciekawych, otwierających dużo przestrzeni dla gitarowego freestyle’u, jednak wyraźnie potrzebujących „dośpiewania”. Nagrany na nowo „klasyk” początkowego etapu działalności Porcupine Tree, „Yellow Hedgerow Dreamscape”, również stwarzający pole do gitarowych popisów, w nowej wersji zgubił specyficzny urok quasi-koncertowego, żartobliwego oryginału, a jako transowy utwór instrumentalny nie mogąc uniknąć porównań z „Voyage 34”, w tej konkurencji niestety poległ.

Pozostałe dwie kompozycje, które w zasadzie dziś chyba najlepiej się sprawdzają, co ciekawe, pochodzą z dwóch różnych biegunów rozwoju kariery wczesnego Porcupine Tree. Jedyny utwór śpiewany w tym zestawie, „The Joke’s On You”, sięgający genezy nastoletnich prób kompozytorskich Wilsona, to psychodeliczno-songwriterskie nagranie, bliskie takim tytułom, jak „Footprints” czy „Always Never” z pierwszych dwóch płyt, w zgrabnym operowaniu kontrastami wewnątrz formuły piosenkowej doprawdy nie mniej udane. Natomiast „Rainy Taxi”, najmłodsze nagranie na EP-ce, prezentuje zupełnie nowe, odmienne podejście do konstruowania kompozycji. To instrumentalny utwór o niespiesznym rozwoju, w którym Wilson porzucił solową gitarę dla… organów – brzmienie, tempo i układy akordów przywołują na myśl te wyjątki z repertuaru Pink Floyd, w których główną rolę kompozytorską odgrywał Richard Wright. Tych właśnie kilka minut rozmarzonych dźwięków szczególnie zapada w pamięć w kontekście całej półgodzinnej płytki – być może właśnie dlatego, że utwór nie wołał o dodatkowe ścieżki dodatkowych instrumentów, a z drugiej strony brzmiał inaczej niż to, co Wilson zdążył już odbiorcom zaprezentować wcześniej.

„Staircase Infinities” pojawiła się w dyskografii grupy jako pewnego rodzaju dokumentalna pozycja, to z założenia nie miała być płyta niosąca nowe. Warto jednak w kontekście tego minialbumu zwrócić uwagę na to, że sytuacja wydawnicza Porcupine Tree roku 1994 być może zdefiniowała strategię, jaką Wilson zdaje się kierować w swojej karierze aż do dziś – inicjatywy archiwalne owszem, podejmowane są nieustannie, ale nigdy kosztem systematycznego i konsekwentnego strumienia nowej, premierowej muzyki.

MLWZ album na 15-lecie