Yorn, Pete - Hawaii

Wojciech Bieroński, Yorn, Pete - Hawaii

Płyta dla fanów klimatu brzmieniowego zawieszonego gdzieś między britpopem, Blackfieldem a Pineapple Thief. Album niedługi, ale godny uwagi.

Stojący za tym wydawnictwem Pete Yorn to pochodzący z New Jersey multiinstrumentalista, który dwadzieścia lat temu swą karierę rozpoczął może nie z najwyższego, ale jednak dosyć wysokiego C. Potem jakby zabrakło nieco pary, by te początkowe sukcesy mocniej zdyskontować (mimo że międzyczasie artysta nagrywał choćby piosenkę ze Scarlett Johansson). Yorn od dłuższego czasu zakotwiczył zatem w alternatywie i na zmiany się nie zanosi. Nawet jeśli jego muzyka nie nabija liczników na Spotify, jest w niej doceniany. To ten typ artysty, który większość rzeczy do własnej płyty skombinuje i nagra sobie sam. Człowiek znany z dbałości o brzmienie. I słusznie, bo jego albumy brzmią naprawdę dobrze.

Najnowsze wydawnictwo Yorna zatytułowane „Hawaii” to jednakowoż płyta zadbana i niezadbana zarazem. I zacznę może od wyjaśnienia tej drugiej rzeczy. Mówiąc zupełnie wprost, w wielu miejscach razi na niej to, że artysta nie trzyma się schematów typu zwrotka-refren, mimo że aż się o to prosi. Wiecie, są takie albumy, gdzie swego rodzaju frywolność w podejściu do konstrukcji utworów jest ich zaletą. Ale nie tutaj. Tutaj jest to wada. Płyta ma bowiem tak piękne tematy melodyczne i momentami tak pięknie brzmi, że chciałoby się, by to wszystko było na niej jakoś lepiej - i bardziej klasycznie - ułożone.

Ale na tym właściwie wady się kończą. „Hawaii” to napakowane różnymi pomysłami i eklektyzmem brzmieniowym nieco ponad pół godziny muzyki, w którym można jednak wyczuć pewne tematy przewodnie. Yorn nie jest Brytyjczykiem, ale jest to płyta na wskroś brytyjsko brzmiąca. Artysta bardzo sprawnie porusza się między dobrą, klasyczną szkołą britpopu, a klimatami a’la Blackfield, gdzie na pierwszy plan wysuwa się mocno zaakcentowany fortepian i pełne nostalgii partie wokalne. Spokojnie na wydawnictwie Wilsona i Geffena mogłoby znaleźć się świetne, choć znowu to powiem, za krótkie, “Stay Away”, podobnie jak poprzedzający je minimalistyczny “Further” z celowo lekko fałszowanymi wokalami (świetna melodia i chórki). Dosyć blackfieldowo robi się też choćby w utworze “Ransom”, w którym Yorn zwinnie meandruje między balladowym rockiem a dreampopem. Zmyłką jest z kolei pierwszy utwór na tej płycie – „Elizabeth Taylor”... Nie warto się nim sugerować, bo to kawałek mało reprezentatywny w odniesieniu do tego, co dalej.

„Hawaii” to płyta zostawiająca słuchacza z poczuciem satysfakcji z przepięknych dźwięków, a jednocześnie niedosytem, bo mogło być jeszcze lepiej. To album niesamowicie dopieszczony brzmieniowo i produkcyjnie dla tych, którzy na to zwracają uwagę, a zarazem wydawnictwo, w wypadku którego gdyby trochę dorzucić do pieca kompozycyjnie, byłoby po prostu rewelacyjnie.

MLWZ album na 15-lecie