Camel

Cunningham, Madison - Revealer

Wojciech Bieroński, Cunningham, Madison - Revealer

To jedna z najtrudniejszych do skategoryzowania płyt, z jakimi przyszło mi się w ostatnich latach zmierzyć.

Przygodę z muzyką Madison Cunningham i jej trzecim w dorobku albumem “Revealer” rozpocząłem usłyszawszy przypadkowo utwór numer pięć („Life According To Raechel”) z tej płyty. Zachwyciłem się i dałem szansę całości. Dalej były przede wszystkim… zaskoczenia. Kalifornijska artystka naprawdę nie bierze jeńców, jeśli chodzi o eklektyzm. Żonglerka inspiracjami wydaje się być wpisana w jej muzyczne credo tak jak joga bonito w DNA reprezentacji Brazylii (a w wypadku reprezentacji Polski - laga na Lewego).

I właśnie dlatego dosyć długo zajęło mi “ułożenie sobie tej płyty w głowie”. Trudno bowiem zaklasyfikować album, który teoretycznie porusza się w konwencji ambitnego indie rocka, ale jest jednocześnie i nowoczesny i retro; posiada sporo aranżacji rodem ze sceny Canterbury (!), czerpie również z jazzrockowych połamańców, a zarazem próbuje być płytą piosenkową. Próba zaklasyfikowania “Revealera” do prog rocka skończyłaby się konstatacją “zdecydowanie nie”, ale musiałoby po niej nastąpić małe postscriptum - szczerze uważam, że ten album ma spore szanse zapunktować u fana folkowej i psychodelicznej muzyki lat 60. i 70.

W stanie lekkiego muzycznego zbaranienia, pisząc ten tekst zerkałem sobie trochę, co o tym mocno niebanalnym wydawnictwie napisali inni. W morzu opisów mniej lub bardziej trafionych, natrafiłem na dwa określenia, które całkiem nieźle oddają to, co tu się dzieje.

Pierwsze z nich to neo-psychodelia. Zdecydowanie tak. Odnajdziemy tu pewien rys brzmieniowo-melodyczny rodem z klasyków sprzed pół wieku, ale w wydaniu unowocześnionym. Słychać, że płytę nagrano w 2022 roku, ale jednocześnie ukłonów do przeszłości mamy tu mnóstwo.

Drugie określenie to z kolei… art-rock. Tak, art-rock. Ale nie ten art-rock definicyjnie uważany za synonim prog rocka, tylko art-rock rozumiany jako pewien rys, którym niegdyś określano muzyczne wartości takich zespołów, jak np. Roxy Music czy Styx. Ich pietyzm aranżacyjny, szeroką paletę inspiracji i ogólne bogactwo malowanego dźwiękiem obrazu.

Już pierwszy utwór, „All I’ve Ever Know”, gdzie gitarowe plumkanie a’la Wishbone Ash przeplata się z duchem późniejszych płyt Petera Gabriela pokazuje, że mamy do czynienia z muzyką złożoną, jeśli chodzi o nici, z jakich jest utkana. Zupełnie obok siebie potrafią tu stać kompozycje pełne prawdziwych połamańców i utwory melodycznie bardziej przyswajalne. I nigdy nie wiesz, co czyha za rogiem. Jeśli w muzyce (zwłaszcza okołoprogresywnej) za klasyczny archetyp można uznać płytę, na której przystępna melodyka spowita jest welonem aranżacyjnego skomplikowania, to “Revealer” stanowi bardzo rzadki przypadek albumu, gdzie bardziej niż we wszystkim innym namotane jest w samych melodiach (choć aranżacje też do prostych tu nie należą i generalnie należą się za nie ogromne brawa).

W wypadku tego wydawnictwa mam wyjątkowo silne przekonanie, że każdy doceni tu trochę coś innego. W nurtach niemalże jazzrockowych wyżej podpisany gustuje średnio, więc najbardziej przypadły mi do gustu te kompozycje, gdzie Cunnigham odnajduje pewien kompromis między podejściem bardziej eksperymentalnym, a melodyjnym folkiem. Idąc po tym kluczu wyróżniłbym świetne, beatlesowskie „In From Japan”, urzekające lekkością „Sunshine Over The Counter” oraz „Anywhere”, które wprawdzie prostoty melodycznej już nie ma, ale mocno kojarzy mi się z fajnym, zapomnianym już nieco amerykańskim zespołem Echolyn. No i jest jeszcze wspomniana kompozycja numer pięć - piękne, wzięte jakby żywcem z soundtracku do filmu „Life According to Raechel”. Utwór, mówiąc zupełnie otwarcie, mało reprezentatywny dla całości, ale chyba mój faworyt.

“Revealer” to płyta niebanalna i miejscami zaskakująco trudna w odbiorze. To odważny mix elementów, których nie łączy co drugi artysta na co drugim albumie. To wydawnictwo, o którym warto wyrobić sobie własne zdanie - w momencie pisania tych słów, nominowane do nagród Grammy w kategorii najlepszego albumu folkowego. Okładka doskonale oddaje charakter płyty. Polecam przekonać się na własne uszy dlaczego.

MLWZ album na 15-lecie