Marillion - Holidays In Eden (2022 deluxe edition)

Tomasz Dudkowski, Marillion - Holidays In Eden (2022 deluxe edition)

Album „Holidays In Eden” ukazał się pierwotnie 24 czerwca 1991 roku. Mówiąc delikatnie, spotkał się z chłodnym przyjęciem wśród wielu dziennikarzy muzycznych, że o licznej grupie fanów, wciąż tkwiących w żałobie po odejściu Fisha, nie wspomnę. Dla mnie ma on jednak znaczenie szczególne, gdyż była to pierwsza płyta, a właściwie kaseta, z twórczością grupy, jaką posiadałem w swojej kolekcji. Przyznaję, że do zakupu zachęciły mnie pojawiające się na antenie Trójki wykrojone z niej single „Cover My Eyes” i „No One Can”. Wtedy jeszcze Lista Przebojów tego radia miała spory wpływ na to, co trafiało do mojego kaseciaka. Był to etap poszukiwania czegoś, co zaspokoiłoby w pełni mój, wciąż kształtujący się, gust muzyczny. Nie napiszę, że wraz z pojawieniem się „Holidays In Eden” doznałem olśnienia, bo tak nie było, a wręcz kaseta szybko powędrowała na półkę. Wpływ na to miał też występ na Festiwalu w Sopocie, który nie należał do szczególnie udanych (playback itp.). Jednak ziarenko zostało zasiane. W następnym roku ukazała się książka Piotra Kosińskiego i Krzysztofa Dmochowskiego „Marillion. Grendel, Fish i Hoggy” i ciekawie opisana tam historia grupy, a przede wszystkim interesujące opowieści o poszczególnych albumach, spowodowały, że wspomniana kaseta wróciła do łask, a ponadto zgłębiłem wcześniejszą dyskografię. To było to! Chwyciło za ucho, wpiło się w mózg i skradło serce. I trwa to do dziś.

Okazją do ponownego sięgnięcia po zawartość szóstego albumu studyjnego zespołu jest, wydana na początku września, jego nowa wersja. Jest to kontynuacja serii wydawniczej „deluxe edition” płyt nagranych dla wytwórni EMI w latach 1983 – 1995. Do tej pory tak wydane zostały wszystkie płyty z Fishem oraz „Brave” i „Afraid Of Sunlight” z Hogarthem na wokalu. Jest to zatem przedostatnia pozycja w tym zestawie.

Oryginalny album, jak wspomniałem, nie porywał w momencie jego ukazania. Naciski ze strony wytwórni, by zespół nagrał kolejny hit spowodowały pojawienie się w repertuarze wspomnianych singli „Cover My Eyes (Pain And Heaven)”, „No One Can” i „Dry Land” (coveru nagrania tytułowego jedynego albumu grupy How We Live, czyli… poprzedniego bandu Hogartha). Po latach te poprockowe propozycje brzmią co prawda całkiem nieźle, ale dla starszych fanów były niejednokrotnie nie do przyjęcia, co było kolejnym powodem utraty przez nich zainteresowania dalszymi losami grupy. Początkowo za produkcję miał być odpowiedzialny stary znajomy zespołu, Chris Kimsey, z którym nagrali „Misplaced Childhood” i „Clutching At Straws”, ale niestety był on zajęty pracą nad nową płytą The Rolling Stones. Wytwórnia zaproponowała, by za konsoletą zasiadł Christopher Neil, który miał na koncie sukcesy m.in. z grupą Mike & The Mechanics. Niestety brzmienie albumu odbiegało od wcześniejszych dokonań Brytyjczyków. Na pewno nie ułatwiał zadania fakt, że dopiero tu Hogarth miał okazję po raz pierwszy tworzyć album z resztą zespołu. Jak się okazało, jego styl pracy nieco odbiegał od sposobu komponowania i nagrywania przez kolegów. Był przyzwyczajony do szybkich efektów prac i kończenia utworów podczas jednej sesji. Reszta raczej pracowała wolniej, powoli wykuwając poszczególne kamienie, z których układała potem ostateczne kompozycje. Na pewno dla obu stron była to sytuacja nowa i potrzeba było czasu, by mogli się dotrzeć.

Niestety (choć z perspektywy czasu można chyba stwierdzić, że raczej na szczęście), zarówno dla wytwórni, jak i samego zespołu, wymienione utwory nie stały się hitami. Teraz oceniam je jako bardzo przyzwoite poprockowe piosenki, które nadal wyśmienicie sprawdzają się na koncertach. Szczególnie dynamiczna „Cover My Eyes (Pain And Heaven)” daje okazję do wspólnego śpiewania wraz z publicznością. „No One Can” i „Dry Land” to z kolei liryczne ballady, którym nie można odmówić uroku. Podobnie jest z nagraniem „Waiting To Happen”, które czaruje brzmieniem gitary dwunastostrunowej i pięknym solem Rothery’ego. Znalazło się tu też miejsce dla rytmicznej kompozycji tytułowej, jedynej do której słowa napisał John Helmer (pozostałe to dzieła Hogartha). W mojej ocenie to najsłabszy fragment płyty, choć praca sekcji Trewavas – Mosley może się podobać. Wyróżnia się także utwór „The Party”, opowiadający o pierwszych doświadczeniach imprezowych anonimowej nastolatki, ze wspaniałym współbrzmieniem klawiszy i gitary (nieziemskie solo), wyrazistym basem i jedną z najciekawszych partii perkusji.

Jednak to, co najlepsze pojawia się na początku i końcu albumu. Na pierwszy ogień idzie bowiem pieśń „Splintering Heart”, która zaczyna się od elektronicznego wstępu z zaprogramowanym perkusyjno-basowym loopem, na tle których Hogarth śpiewa pierwszą część utworu:

“There's a hot hard hurt

Burnin' under her skin

And it pricks her like thorns

And it's needles and pins

And it twists in her body

And I know what it is

 

And I'm paying in pain

But it's the cost of the high

Till the weight of the secret

And the weight of the lie

Makes my heart want to bust

Feel the ache as time goes by

Getting better and worse

Getting better and worse

And there's a screw that I tighten

As I dream of the kiss

And it twists and it cuts me

And y'know what it is?

It's a fragment of love

From a splintering heart

And it tears her apart

But not as much as this”.

Po tych słowach następuje istna feeria dźwięków. Rothery porywa dźwiękami swojej gitary, Kelly wtóruje mu na pianinie, a wszystko to podparte jest dynamiczną pracą sekcji rytmicznej. Po chwili nastrój zmienia się na bardziej liryczny, z pięknie łkającą gitarą, by w dalszej części powrócić do pełnego pasji grania z wściekle atakowanymi strunami przez Steve’a R. Utwór ten do dziś znajduje się na liście moich ulubionych nagrań grupy, szczególnie w wydaniu koncertowym, gdzie niejednokrotnie Hogarth śpiewa początkowy fragment pojawiając się znienacka wśród publiczności lub też unosząc się nad sceną i siedząc na… konstrukcji oświetlenia.

Album zaczyna się świetnie i równie interesująco kończy. Na finał bowiem składają się trzy połączone ze sobą kompozycje: dynamiczny „This Town”, lekko ambientowa miniaturka „The Rakes Progress” oraz podniosła pieśń „100 Nights” (kończąca się codą z cytatem z „This Town”). Trio to porywa zarówno kunsztem wykonania, jak i płynnymi przejściami między poszczególnymi częściami i licznymi zmianami nastroju.

Płyta spotkała się z zarzutami, że jest zbyt komercyjna, popowa. Częściowo można się z nimi zgodzić, ale ten „lżejszy pierwiastek” w muzyce zespołu, choć najbardziej w całej karierze słyszalny, nie zdominował jednak brzmienia. Niemniej takie połączenie sprawiło, że należy go traktować jako zbiór piosenek, interesujących, świetnie zagranych, jednak jako całość nie do końca przekonujący.

Nowa edycja „deluxe” przynosi, podobnie jak w przypadku większości pozostałych płyt wydanych w tej serii, nowy remiks albumu. Wyjątkiem była pierwsza w zestawie „Misplaced Childhood”, która została w pierwotnej wersji (jedynie miks przestrzenny jest dziełem Stevena Wilsona). W tym przypadku za nowe brzmienie odpowiedzialny jest Stephen Taylor. I jak „Holidays In Eden” AD 2022 brzmi? Na pewno ciekawiej. Już w wersji stereofonicznej jest dużo więcej przestrzeni, każdy z instrumentów jest świetnie słyszalny, wydobyto pewne niuanse, które w oryginale były ledwo zauważalne. Wokal jest idealnie umiejscowiony, a chórki, jak choćby w „Holidays In Eden”, „No One Can” czy „This Town”, zyskały na mocy. Nie będę tu się silił na wyszukiwanie i opisywanie różnic w poszczególnych utworach. Pozostawię to słuchaczom. Zapewniam jednak, że różnice są słyszalne.

Tradycją serii jest też umieszczanie na dodatkowych dyskach nagrań koncertowych z epoki. I tak, dostaliśmy tu umieszczony na dwóch kompaktach lub trzech winylach, zapis występu z Hammersmith z 30 września 1991 roku. W setliście koncertu dominują oczywiście utwory z promowanej płyty (możemy usłyszeć je wszystkie). Uwagę zwraca na pewno finałowe trio, a w szczególności perkusyjny wstęp do „This Town”. Nie zabrakło też sporej dawki dźwięków z albumu „Seasons End” oraz wyboru nagrań z okresu, gdy za mikrofonem stał rosły Szkot. Trzeba przyznać, że głos Hogartha brzmi bardzo ciekawie w tym repertuarze, choć wiem, że część fanów tzw. „starego Marillion” uzna to zdanie za herezję. W programie znalazło się aż 6 utworów z tego periodu, w tym rzadziej wykonywany na żywo zestaw „Lords Of The Backstage / Blind Curve”. W dodatkach na płycie Blu-ray otrzymujemy jeszcze zapis wizyjny występu z Niemiec (konkretnie z Kolonii, z 24 lipca 1991 roku), z programu Rockpalast. Tu, mimo krótszej setlisty, znalazło się aż siedem utworów z lat 1983 – 1988, w tym „Freaks”, który pierwotnie znalazł się na singlu „Lavender”. Olbrzymią przyjemność sprawia oglądanie tego występu. Zespół był w wyśmienitej formie, a sam Hogarth udowadnia, że urodził się, by być frontmanem. Jego niezwykle ekspresyjny sposób bycia na scenie szybko zjednał mu wielu sympatyków.

A skoro już mowa o dysku Blu-ray... Głównym jego punktem są miksy w wysokiej rozdzielczości, zarówno stereo jak i surround. Nie ukrywam, że jestem fanem wydawania płyt z dźwiękiem wielokanałowym. Pozwala on wychwycić jeszcze więcej niuansów, często zaskakujących. Ponadto w programie krążka znajdziemy prawie półtoragodzinny film dokumentalny o powstawaniu płyty („Pain And Heaven – The Story of Holidays In Eden”) oraz cztery teledyski (do utworów singlowych oraz zapis próby w Stanbridge Studios, podczas której zagrano „This Town”). Zamieszczono tu także materiał, który znalazł się na dodatkowej płycie kompaktowej w zremasterowanej edycji z 1998 roku. Na uwagę zasługują nagrania ze stron B singli „Cover My Eyes” (dynamiczny „How Can It Hurt?”) oraz „No One Can” (cudowna ballada „A Collection” z frapującym tekstem Helmera o kolekcjonerze zdjęć swoich dziewczyn). Ponadto zamieszczono tu dwie piosenki przygotowane z okazji wydania składanki „A Singles Collection 1982-1992”. Są to cover nagrania „Sympathy” z repertuaru Rare Bird oraz alternatywna (w mojej opinii mniej ciekawa od tej, która ukazała się na tamtym zestawie) wersja utworu „I Will Walk On Water”. „Sympathy” oraz „Cover My Eyes” przedstawiono też w akustycznych odsłonach zarejestrowanych w Racket Club w maju 1992 roku. Są tu też wersje demo nagrane w Moles Club w grudniu 1990 roku, wśród których wyróżnia się pierwotna wersja „Splintering Heart” z innym, dynamicznym początkiem. Transowy wstęp znany z płyty to pomysł producenta, a zespół jest mu za to wdzięczny do dziś. Tu też znalazło się miejsce dla utworu „You Don’t Need Anyone - co ciekawe, jedynego podpisanego wyłącznie nazwiskiem wokalisty. Należy jednak traktować go jako ciekawostkę, gdyż nie jest to specjalnie udana kompozycja. Ot, zwykła popowa piosenka. Na końcu tego zestawu umieszczona została wersja demo utworu „The Epic (Faiground)” z marca 1989 roku, a więc jeszcze z sesji do albumu „Seasons End”. Stał on się podstawą kompozycji „100 Nights”, wstęp zaś został wykorzystany na płycie „Brave” w utworze „Now Wash Your Hands”.

Album pierwotnie szokował też starszych wielbicieli grupy brakiem charakterystycznego logo znanego z wcześniejszych wydawnictw (w tym „Seasons End”). Na utrzymanym w odcieniach niebieskiego obrazie autorstwa Sary Ball, nazwa grupy oraz tytuł albumu zostały umieszczone wokół znajdującego się u góry okładki księżyca. Na nowej edycji napisy (użyto innej czcionki) zostały umiejscowione poziomo, poniżej wspomnianego księżyca (wersja na czterech winylach) lub w dolnym prawym rogu okładki (zestaw trzech płyt kompaktowych plus Blu-ray). Autorem nowego opracowania graficznego jest Simon Ward. Wewnątrz bookletu dodanego do boksu winylowego czy też digibooka znajdują się teksty oraz wprowadzenie autorstwa Richa Wilsona. A także sporo zdjęć z epoki.

Tak jak napisałem na początku, album „Holidays In Eden” darzę dużym sentymentem. Paradoksalnie te płyta, choć sama w sobie dość daleka od kanonu rocka progresywnego, zwróciła moją uwagę na ten gatunek. Nie zawsze nowe znaczy dobre, ale w tym przypadku odświeżona wersja albumu sprzed 31 lat brzmi zdecydowanie lepiej od oryginału. Prawdopodobnie opisywane edycje znikną niebawem z ofert sklepów (jak miało to miejsce z większością „deluxe edition” poprzednich płyt) i pozostaną gratką dla kolekcjonerów i okazją do zarobku dla „sprytnych” handlarzy. Zapewne w przyszłym roku pojawią się także jednodyskowe wersje kompaktowe i winylowe. W 2023 roku seria „deluxe edition” zostanie także domknięta, gdy na półkach sklepowych pojawi się, wydana w tym formacie, płyta „Seasons End”.

MLWZ album na 15-lecie