Camel

Timelock - Sygn Yn

Artur Chachlowski, Timelock - Sygn Yn

O grupie Timelock po raz pierwszy usłyszałem w 1992 roku, kiedy to zespół debiutował w nieistniejącej już wytwórni SI Music. Pamiętam, że w materiałach reklamowych przedstawiano tę grupę jako „wielką nadzieję holenderskiego neoprogresywnego rocka”. Album zatytułowany „Louise Brooks” nie zrobił jednak na mnie dużego wrażenia. Wydał mi się za bardzo poprockowy i brakowało mi na nim epickich klimatów, które brylowały na ukazujących się wówczas, jak grzyby po deszczu, płytach innych prawdziwie neoprogresywnych wykonawców. Podobnie było z albumem nr 2 – „The Dawn” (1994). Przeszedł obok mnie bez echa i przyznam szczerze, że zespół Timelock całkowicie zniknął mi wówczas z radaru.

I to do tego stopnia, że nawet nie zauważyłem powrotu tej grupy do czynnej aktywności – po blisko 10-letniej przerwie, w pierwszej dekadzie tego stulecia, Timelock wydał dwie kolejne studyjne płyty, po czym… znowu zapadł się pod ziemię. Dopiero teraz, w wyjątkowo licznym, bo ośmioosobowym, składzie zespół „debiutuje” po raz trzeci. Najpierw w zeszłym roku przypomniał się EP-ką „..Stay Awake…”, a niedawno nakładem wytwórni Freia Records ukazał się album zatytułowany „Sygn Yn” (to swego rodzaju ironiczne określenie na „sign in”, tak często spotykane, gdziekolwiek nie ruszymy się na internetowej autostradzie). Słucham go sobie od kilku miesięcy (przyznaję, przeleżał się trochę na mojej półce) i po pierwszym, rzekłbym, dość neutralnym odbiorze, słyszę, że płyta zdecydowanie narasta. Wyłapuję na niej coraz więcej ciekawych pomysłów, fajnych partii instrumentalnych, niektóre kompozycje zaczynają mi same ‘grać’ w uszach… Słychać, że zespół naładowany jest pozytywną energią oraz że wyraźnie dojrzał. W porównaniu z pierwszym albumem, od którego premiery minęło 30 lat, w zespole są dwaj ci sami muzycy: wokalista i autor tekstów Ruud Stoker oraz keyboardzista Julian Driessen. Reszta to nowi ludzie, co w efekcie przekłada się na ciekawą mieszankę młodości i doświadczenia. Z solidnymi fundamentami, które zapewniają Rob Boshuijzen (perkusja), David Guurink (bas), Martin Hendriks (gitary), Arjen van den Bosch (klawisze orkiestrowe), a także dwójka dodatkowych wokalistów: Laura Eradus i Coby van Oorschot, nowy album można śmiało określić jako… melodyjny symfo rock. Specjalnie nie używam tu ani przymiotnika ‘progresywny’, ani też przyimka neo-, bo chyba byłoby to, delikatnie rzecz ujmując, pewnego rodzaju nadużycie.

Ale, jak wspomniałem, ta płyta nie jest wcale zła. Szczególnie, gdy jest się cierpliwym i da się jej kilka szans. 52-minutowa porcja muzyki podzielona jest na dwie części. W pierwszej znajdujemy pięć kompozycji – lżejszych, jak otwierająca całość, mająca, mimo wszystko, niespełnione przebojowe ambicje, piosenka „Moving Landscapes”, i bardziej złożonych, jak „Everlasting” i „The Devils’s Hour”, w których błyszczą strzeliste partie grane na syntezatorach. Druga część płyty to jedna, blisko 20-minutowa sześcioczęściowa kompozycja „The Great Cover-Up Story”, która robi z nich wszystkich najlepsze wrażenie. Bo jest wielowątkowa i kinematograficzna. Rozpoczyna się powoli i dostojnie, od trwającego blisko trzy minuty intro, a potem nabiera tempa, rozwija się konsekwentnie z minuty na minutę i płynie z nurtem progresywnych klimatów, w które Timelock umiejętnie wplata elementy innych gatunków (hard rock, chóry i orkiestracje, muzyka filmowa, a nawet semi-growle). Myślę, że ci słuchacze, którzy upodobali sobie takie właśnie rozbudowane i złożone brzmienia, będą mogli po wysłuchaniu tej kompozycji czuć się bardzo zadowoleni.

Nowy album „Sygn Yn” pokazuje trochę inne, niż znane mi wcześniej, oblicze grupy Timelock: jest kołyszący, różnorodny, pełen emocji, zaskakujący, ale wciąż rozpoznawalny jako… Timelock. Ciut za mało epicki, by nazwać go w stu procentach progresywno-progrockowym, i za bardzo ambitny, by określić go mianem poprockowego… Taka łatka przykleiła się do tego holenderskiego zespołu niemal od samego początku. Czy album „Sygn Yn” zmieni coś w tym zakresie? Obawiam się, że pewnie niewiele. Niemniej, gdyby przyszło mi oceniać, to jest on dla mnie zdecydowanie najciekawszym wydawinctwem w dorobku tego zespołu

 

PS. Już po napisaniu tego tekstu dotarła do mnie wiadomość, że wytwórnia Freia Music dokonała reedycji pierwszej płyty zespołu „Louise Brooks”. Ten oryginalnie wydany w 1992 roku album został zremasterowany przez MHX Music. Album jest rozszerzony o nagranie „Touchdown”, który przed laty ukazał się na kompilacyjnej płycie „SI Compilation Disc Too”, a także o dwa nigdy wcześniej niepublikowane utwory. Mało tego, lada dzień ukaże się wznowienie albumu nr 2 – „The Dawn” oraz koncertowej płyty „The Séance” w nowej wersji nagranej przez współczesny skład metodą live in studio. Przypomnijmy, że album ten zawierał pełny koncert w Planet Pull III w holenderskim Uden z 1995 roku.

MLWZ album na 15-lecie