Insonika - Pithos

Artur Chachlowski, Insonika - Pithos

Przy pierwszym zetknięciu muzyka na albumie „Pithos” wydała mi się zbyt ciężka i zbyt mroczna jak na mój gust. Ale po kilku przesłuchaniach wiedziałem już, że nie jest tak źle.

Zespół Insonika pochodzi ze szwedzkiego Jönköping i przez dłuższy czas był tylko muzycznym hobby kilku przyjaciół (Oscar Flanagan – gitary i śpiew, Mattias Altgärde - perkusja, Daniel Englafors – bas, Sebastian Fingal – instrumenty klawiszowe i gitary), którzy od czasu do czasu lubili sobie wspólnie pojammować. Jammowali i improwizowali w wolnych chwilach przez pięć lat aż uwierzyli, że w skomponowanej przez nich muzyce jest na tyle potencjału, że warto byłoby podzielić się z nią z publicznością. Najpierw, w 2018 roku wydali EP-kę, a rok później pełnowymiarowy płytowy debiut pt. „False Awakening”, z którym zjechali całą wschodnią Europę – od swojej ojczyzny poprzez Finlandię, Estonię, aż po Serbię. Rzesza fanów rosła dość szybko, recenzenci porównywali ich muzykę do Neurosis, Mastodon, Metalliki i Ghost, więc nic dziwnego, że efektywnie spędzony czas pandemii (znowu wspólne jammowanie) przyniósł nowy album, który ukazał się na rynku 31 października.

„Pithos”, bo taki tytuł nosi nowe wydawnictwo Insoniki, to sześciościeżkowy album wypełniony po brzegi ciężkimi riffami, przestrzennymi syntezatorami, głównie organami, masywnym basem, mocarną perkusją i melodyjnym wokalem. Grają naprawdę mocno, styl, w którym utrzymane są poszczególne kompozycje, to mroczny stoner spod znaku grup Sleep czy Truckfighters, co potęgują pojawiające się od czasu do czasu (raczej sporadycznie aniżeli jako wiodący element wokalnej ekspresji) soczyste growle (posłuchajcie koniecznie utworu tytułowego!). Ale akurat wokal i przyjemna dla uszu barwa głosu Oscara jest ogromnym atutem brzmienia zespołu. Wraz z dźwięcznym vintage’owym brzmieniem organów Hammonda stanowi on sporą przeciwwagę dla potężnych gitarowych riffów, które przez cały czas napędzają muzykę. Moje dwa ulubione utwory to „Pandora” oraz „Dunes Of War”, odpowiednio otwierające i zamykające ten album. Fani "Kill'em All" czy "And Justice For All" Metalliki znajdą w nich coś dla siebie. Każdy z utworów jest utrzymany w charakterystycznym dla siebie klimacie, który wspaniale buduje napięcie, czego najlepszym przykładem może być kompozycja „The Plague”, w której naprawdę sporo się dzieje. Utwór ten, podobnie jak dwa wymienione wcześniej, w stu procentach przemawia do mnie (a nie ukrywam, że wielkim fanem ciężkiego stoner metalu to raczej nie jestem). Zresztą cały album aż buzuje od energii, ciężaru i dynamiki. I słucha się go naprawdę z prawdziwą przyjemnością.

Tematycznie „Pithos” jest albumem koncepcyjnym w tym sensie, że warstwa tekstowa opiera się na greckim micie o puszce Pandory i wszystkich okropieństwach, które się w niej kryją. Ta inspiracja stała się dla zespołu próbą pokazania obrazu współczesnego człowieczeństwa i sposobu, w jaki zaniedbujemy siebie nawzajem i niszczymy nasz świat. Chodzi o niepokój, wojny i demony tkwiące w ludziach, których działania powoli, acz skutecznie zżerają dusze i burzą spokój zwykłych śmiertelników.

Na pewno nie jest to muzyka na niedzielny poranek czy rodzinny podwieczorek, ale charakterystyczna melodyjność większości utworów powoduje, że płyta nie jest aż tak ciężka i trudna w odbiorze jak się na początku wydaje…

MLWZ album na 15-lecie