Camel

Crippled Black Phoenix - Banefyre

Maciej Niemczak, Crippled Black Phoenix - Banefyre

W dwa lata po bardzo dobrej płycie "Ellengæst" Crippled Black Phoenix wydali kolejny studyjny album "Banefyre’’ – już dwunasty od chwili założenia zespołu przez Justina Greavesa w 2004 r. Jeśli dodamy do tego kilka EP-ek, kompilacji i wydawnictwa koncertowe stanowi to imponujący dorobek, zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę, że brytyjsko-szwedzki kolektyw tworzy raczej wyrafinowaną i niezbyt oczywistą muzykę.

Oprócz Justina, który gra na gitarach, basie, perkusji i… pile, w nagraniu płyty "Banefyre” uczestniczyli: Belinda Kordic (wokal, perkusja), Helen Stanley (fortepian, syntezatory, monochord, trąbka), Andy Taylor (gitara, gitara barytonowa, gitara 12-strunowa) oraz Joel Segerstedt (wokal, gitara). Za miks i mastering odpowiada ekspert od noise'u Kurt Ballou z Converge. Według Justina Greavesa była to świadoma decyzja: "Wszyscy oczekiwali kolejnego 'Ellengæst'. A ja chciałem czegoś innego. Dlatego poprosiliśmy Kurta o zmiksowanie nowego albumu – potrzebowaliśmy tej jego niesamowitej mocy”.

Gdybym miał opisać najnowsze dzieło CBF jednym zdaniem, to napisałbym, że stworzyli album, który w nieprawdopodobny wręcz sposób działa na zmysły i emocje. Taka właśnie powinna być SZTUKA. Oczywiście na tym jednym zdaniu nie poprzestanę i spróbuję przedstawić tę płytę w znacznie szerszym wymiarze. „Banefyre” momentami uwiera, momentami wprowadza w błogi nastrój, niepokoi, denerwuje, ale powoduje też dreszcze na całym ciele. Trudno być obojętnym wobec tych apokaliptycznych, ale i urzekających dźwięków. Muzycy zabierają nas w długą i fascynującą podróż po różnych zakamarkach stylów muzycznych. Znajdziemy tu postrockowe brzmienie Mogwai czy Isis z ich melancholijnych ballad. Fani wczesnego Pink Floyd również będą ukontentowani. Od czasu do czasu wyłoni się z otchłani zimny dark wave, ale usłyszymy i folkowe wstawki. Pełno tu cudownej gotyckiej nostalgii à la Lacrimosa i Mission, no i czuć zdecydowanie ducha Anathemy… Absolutne piękno wyrażone za pomocą niebanalnych nut.

„Banefyre” to kalejdoskop skojarzeń i wspomnień uchwyconych w czasie. To apokalipsa eksplodująca w ciemności, jednostka spadająca ku zgubie w płomieniach, teatr cieni i świateł, emocje i wizje przekazywane językiem skierowanym wprost do dusz i serc. To triumf Crippled, w którym chce się brać udział. Otoczeni mrokiem i ogniem zawsze komponowali niebanalne, intrygujące, wciągające albumy, mroczne i depresyjne, ale ich tegoroczne dzieło podnosi możliwości grupy na nowy poziom, który chociaż znajomy, to oczarowuje kompozycją, aranżacją, pomysłowością i ukształtowaniem atmosferycznym. ‘Banefyre’ w języku staroangielskim oznacza ‘ognisko’ i ma nawiązywać do palenia na stosie kobiet uważanych za wiedźmy. Greaves i jego kompania zdają się sugerować, że mentalnie politycy i ludzie odpowiadający za porządek rzeczy są obecnie na podobnym etapie, co ci skazujący niewinne kobiety na śmierć.

Całość rozpoczyna się niezbyt ciekawym intro i utworem „Incantation For The Different”, który jednak jest konieczny do ‘przełknięcia’, by móc uczestniczyć w tej niezwykłej podróży. To monolog autorstwa Shane’a Bugbee. Bugbee - amerykański artysta, wydawca i filmowiec - w swoim „wystąpieniu” odnosi się do procesów czarownic z Salem, krytykuje Steve’a Jobsa oraz wypowiada się w imieniu Elijaha McClaina, zabitego w areszcie policyjnym w 2019r. w Stanach Zjednoczonych. No i mamy jasny drogowskaz czego będzie dotyczyła warstwa tekstowa tej płyty - kwestii niesprawiedliwości społecznych, naszych lęków i uprzedzeń, niszczenia przyrody i zabijania zwierząt. Crippled Black Phoenix ostrzegają – źle się dzieje w naszym świecie…

Po lekko denerwującym, aczkolwiek potrzebnym, wstępie przechodzimy do „Wyches and Basterdz”, który nawiązuje do wspomnianego sądu nad niewinnymi kobietami z Salem. Belinda swoim emocjonalnym wokalem wciela się w postać małej Liz, która jest prześladowana za swoją odmienność. Muzycznie balansujemy pomiędzy melancholią i ognistą ekspresją, które mają podkreślić chwiejność ludzkości. Fani Anathemy będą tym utworem zachwyceni.

„Ghostland” to nawiedzony, niemal hipnotyzujący numer, w którym muzyka jest zbudowana wokół powtarzającej się pieśni. Mamy wrażenie, jakbyśmy brali udział w jakimś rytualnym obrządku. Sam utwór poprzez tytuł i klimat nawiązuje do książki Edwarda Parnella, a ciekawostką jest, iż został wyśpiewany po szwedzku.

„The Reckoning” to z kolei bardzo energiczny utwór, w którym słychać wyraźnie dźwięki charakterystyczne dla nowej fali. Jeśli dodamy do tego mieszające się wpływy Godspeed i New Model Army, to wyjdzie nam koktajl, który nieźle kopie.

W podobnym tonie – aczkolwiek odrobinę spokojniejszym – utrzymany jest „Bonefire” z bardzo ciepłym wokalem Belindy Kordic i solówką przypominającą gitary braci Cavanagh.

Następny utwór, „Rose of Jericho , to prawdziwa perełka. Atmosferą, zwłaszcza na początku, jeszcze bardziej przypomina Anathemę („Flying”), by wraz z upływem kolejnych sekund przechodzić w postrockowe klimaty aż po floydowskie solówki. Wprawne ucho w tle usłyszy nawet trąbkę. No i ten niesamowity głos Joela Segerstedta… Cudowny epicki fragment płyty, który mógłby brzmieć jeszcze dłużej niż te swoje 13 minut i 47 sekund. Dla mnie to jeden z najpiękniejszych utworów tego roku.

„Blackout77” w dużej części składa się z mówionych relacji (zapewne radiowych) opisujących słynne „zaciemnienie” Nowego Jorku, które miało miejsce w 1977 roku. Całość ma przestrzenny, złowrogi klimat postapokaliptycznego science – fiction, z hymnowym refrenem.

Ponad dziesięciominutowy „Down the Rabbit Hole” zaczyna się cudowną postrockową gitarą i intrygującym głosem Belindy. Przez chwilę można odnieść wrażenie, że Lana Del Rey pomyliła studia nagraniowe i zaśpiewała dla Crippled Black Phoenix. W miarę trwania utworu muzycy przechodzą do bajecznie gotyckich dźwięków i wyraźnie metalowych riffów. Wokalistka miażdży nas potęgą swojego śpiewu, by w końcu zaintonować, że ‘wszystko będzie w porządku’.

„Everything Is Beautiful But Us”, mimo że rozpoczyna się złowieszczym krakaniem wron, podnosi na duchu kilkoma ciepłymi i zapadającymi w pamięć liniami melodycznymi, które są niczym oaza na niekończącej się pustyni straconej nadziei.

Początek „The Pilgrim” to wirujące gitary, tworzące peryskopowy krajobraz dźwiękowy, gdzie tym razem śpiewa Joel, który jako pielgrzym oznajmia nam, że w końcu ‘znalazł małą iskrę nadziei’. Utwór kończy się lawiną psychodelicznych solówek gitarowych i uderzeń perkusji o mocy wodospadu.

„I'm OK, Just Not Alright” zaczyna się od płaczu. Balansuje między ospałym postrockowym spokojem i pełnym energii psychodelicznym chaosem. I znów wielbiciele Anathemy będą zadowoleni.

Najdłuższa kompozycja na płycie kompozycja „The Scene Is a False Prophet” (15:13) to kolejne wielowątkowe, nastrojowe, bogato zaaranżowane małe arcydzieło. Ta muzyka dotyka najgłębszych zakamarków duszy, ściska za gardło i prowadzi po krainie mroku oraz rozpaczy, ale mimo wszystko daje i odrobinę optymizmu. Smutny dźwięk rozwija się powoli mniej więcej do połowy utworu i pozornie niewiele się tu dzieje, poza kilkoma niesamowitymi dźwiękami w tle. Tony, które następują po sobie, są jednocześnie delikatnie piękne i niesamowicie smętne. Druga część jest zdecydowanie bardziej energiczna, a dynamiczne zwroty akcji są naprawdę zdumiewające i znakomicie wykonane. „Scena…” w swoim klimacie przypomina Pink Floyd z czasów „Echoes”.

Album kończy się bonusowym „No Regrets”, który troszkę odbiega od całości. To bardzo żywiołowy kawałek będący mieszanką punk rocka i black metalu. Wbrew tytułowi bardzo żałuję, że to już koniec tego niezwykłego wydawnictwa. Przyznam, że nie pamiętam kiedy ostatni raz słyszałem tak piękną i dającą do myślenia klimatyczną płytę. Wspaniały to album, w pełni zasługujący na najwyższą ocenę. „Banefyre” to zbiór doskonałych kompozycji, które bardzo wciągają. Mimo prawie 100 minut muzyki nie czuć znużenia, a słuchacz z zaciekawieniem czeka co go za chwilę spotka. Crippled Black Phoenix stworzyli arcydzieło współczesnego rocka. Monumentalne, czasami trudne w odbiorze, wielowarstwowe i porywające dzieło, które z pewnością znajdzie się w moim prywatnym Top 20 albumów 2022 roku.

MLWZ album na 15-lecie