Silver Nightmares - Apocalypsis

Artur Chachlowski, Silver Nightmares - Apocalypsis

Formacja Silver Nightmares powstała w 2018 roku w Palermo i założona została przez basistę Gabriele Esposito, perkusistę Alessio Maddaloni i klawiszowca Gabriele Taorminę. Na początku działalności zespół przeszedł kilka transformacji, aż doszedł do swojego obecnego składu złożonego z sześciu muzyków: tercet członków-założycieli występuje obecnie razem z dwójką gitarzystów Mimmo Garofalo i Emanuele Lo Giudice oraz charyzmatycznym Michele Vitrano, który zajął miejsce za mikrofonem.

„Apocalypsis” jest długogrającym debiutem tego włoskiego zespołu. Wprawdzie w 2020 roku muzycy wydali już EP-kę „The Wandering Angel”, lecz tym razem otrzymujemy pełnowymiarowy album, na którym znajduje się 11 utworów. Styl, w jakim utrzymana jest płyta czerpie inspirację z wielu różnych gatunków, w tym rocka progresywnego, AOR, heavy metalu, a nawet muzyki klasycznej. Pobrzmiewają w nim tak rozległe wpływy, jak muzyka Asii, Genesis, Savatage, Styx, Kansas, Uriah Heep, Toto, Trans-Siberian Orchestra, Iron Maiden, Jethro Tull, Foreigner, Dream Theater, Opeth, Ghost, Marillion, Anathema, Katatonia, Judas Priest, Ten... Właściwie można by tak wymieniać bez końca.

Ten szeroki stylistyczny parasol, pod którym kryje się muzyka Silver Nightmares to zaleta, ale i wada tego albumu. Niewątpliwym plusem jest to, że „Apocalypsis” brzmi dość przystępnie i praktycznie każdy słuchacz znajdzie tutaj coś dla siebie. Wadą jest to, że grupa nie wypracowała sobie na tyle wyrazistego i oryginalnego stylu, żeby brzmiała jak… Silver Nightmares.

Album jest pewnego rodzaju konceptem, ale każdy utwór opowiada inną historię, zarówno muzycznie i lirycznie. Nastroje zmieniają się tu jak w kalejdoskopie. Dzięki temu całość nie nuży i sprawia wrażenie dość zróżnicowanego materiału. Trzy kwadranse, jakie trwa płyta, zlatują nie wiadomo kiedy…

„Scorns of Time” ma w sobie coś z klimatu muzyki wczesnych lat 70. z fajnymi partiami zagranymi na gitarze slide. „Wizards, Witches and Sorcerers” przypomina wczesne brzmienie Genesis oparte na pracy akustycznych gitar i fletu. Instrumentalny „The Awakening” ma w sobie delikatną nutkę jazzu, „8” brzmi jak Dokken, w hardrockowym i rozpędzonym „Saphiens” (dobra współpraca gitar i organów – coś w stylu starego Uriah Heep!), który otwiera płytę, niespodziewanie pojawiają się trąby, w „Neferetiti” muzyczne skojarzenia biegną w stronę Rhapsody Of Fire, „The Weird Black Cross” to klasyczny hard rock z ewidentną szczyptą gitarowego AOR, a „The Blue Light Of A Star” to z kolei rasowa rockowa ballada, która w latach 80. mogłaby stać się niemałym przebojem. Zaś finałowy „Intangible” to liryczna pieśń zaaranżowana na fortepian, głos i gitarę akustyczną z syntetycznymi smykami w tle. Końcowe uspokojenie i zamknięcie tej nieco zwariowanej płyty w tonacji moll. Dużo się tu dzieje, a zespół wiedzie słuchacza krętymi ścieżkami swojej muzyki tak, jakby chciał koniecznie zadbać o to, żeby ta muzyczna wyprawa składała się z etapów, z których każdy kolejny diametralnie różni się od poprzedniego.

„Apocalypsis” to taka właśnie podróż. Żywy dowód na to, że współczesny prog rock jest miriadą dźwięków, będąc w praktyce mieszanką licznych wpływów i brzmień, które można czerpać praktycznie od końca lat 60. XX wieku do współczesnych czasów. Co więcej, płyta zyskuje z każdym kolejnym odsłuchem. I jest to jej niewątpliwą zaletą…

MLWZ album na 15-lecie