Tribe Of Names - Evolver

Olga Walkiewicz, Tribe Of Names - Evolver

Zespół Tribe Of Names pochodzi z Filadelfii, ale jego korzeni należy szukać w Europie - w Wielkiej Brytanii, skąd pochodzi założyciel i lider grupy, Simon Godfrey (ex-Tinyfish). Przeprowadził się on do USA w 2014 roku. Ameryka to inne możliwości w sferze artystycznej, inne spojrzenie na życie. Nieznane prowokuje, rodzi wiraże emocji, koi duszę swoim ukrytym szaleństwem. Czasem czujemy większą wolność twórczą w „nowym, wspaniałym świecie” niż w tym, w którym przyszło nam zaczerpnąć pierwszy w życiu oddech. Muzyczna pasja żyła w Godfreyu zawsze, dlatego pomysł stworzenia zespołu został sfinalizowany już w 2017 roku. Powstała wtedy grupa o nazwie Valdez. Do Simona dołączyła trójka artystów: basista Tom Hyatt (Echolyn), klawiszowiec Joe Cardillo (muzyk Odd Blue Electric) oraz grający na perkusji Scott Miller (Stone Jack Baller). W tym samym roku ukazał się ich pierwszy album „This” W jego nagraniu uczestniczył też gitarzysta, inżynier dźwięku i producent - Brett Kull (Always Almost, Echolyn).

Tribe Of Names wyrósł na podwalinach stylistycznych, jakie stworzyła grupa Valdez. Niestety z powodu zmian personalnych jej nazwa musiała ulec zmianie. Nadal tworzą ją: Simon Godfrey, Tom Hyatt i Scott Miller. Czwartym muzykiem jest gitarzysta Karl Eisenhart.

4 listopada ubiegłego roku ukazał się ich debiutancki album pt. „Evolver”. Krążek został wydany pod szyldem wytwórni Bad Elephant Music i jest to prawie godzinna porcja muzyki obejmująca osiem kompozycji. Autorem niesamowitej okładki jest brytyjski artysta Mark Buckingham, znany głównie jako kreator świata komiksów Marvela. Tańczące postacie, zwierzęta, szkielety wokół dziewczyny z czerwonym balonikiem w dłoni, uśmiechającej się do swojej wizji, snu, do własnych myśli. Wspaniała wizja artystyczna…

Album rozpoczyna się od utworu zatytułowanego „Tribe of Names” - szalony początek, rockowa jazda bez trzymanki po asfaltowej dżungli wyrosłej na bezdrożach Pensylwanii. Soczyste brzmienia, gaj pełen reminiscencji obrazów zastygłych w pamięci niczym ważka w bursztynie. Perkusja obezwładnia ciszę, gitary zespalają się ze środkiem ciężkości. Tego utworu trzeba słuchać w skupieniu, delektować się każdym najmniejszym dźwiękiem, bajeczną gitarową solówką, frazami, które się przenikają i eksplodują klawiszowym „la demence”. Wokal Simona topi wszelkie wątpliwości, jest jak brew uniesiona w apogeum zdziwienia. Wzlatująca jaskółka, pełnia księżyca widziana przez szkło powiększające…

„They Live To Cry” prowadzi przez refleksyjne rejony ludzkiej tożsamości, odpowiada dźwiękiem na pytania zadawane ukradkiem, wtopione w niepewność i szmer naszego ego, które wyprowadza uczucia na pola emocjonalnego rachunku sumienia. Ta płyta pokazuje jak czas wpływa na umiejętność odnajdywania swojego ego w czasach burz i katastrof. W marazmie rzeczywistości, w realiach rzuconych na szalę emocji i uczuć. Album „Evolver” był nagrywany przez piętnaście miesięcy, w ciepłej atmosferze jaka panowała w studio. Czuje się niebywałą chemię pomiędzy muzykami, wzajemne zrozumienie i harmonię.

Utwór nr 3, „Liar, Liar”, to kołysząca jazzowa ballada z niesamowitym dialogiem pomiędzy sekcją rytmiczną a gitarą. To cudowna wymiana myśli w sensualnym jam session. Aż szkoda, że utwór trwa tylko niecałe cztery minuty. Simon Godfrey posiada bardzo ciekawą barwę głosu. To szalona kompozycja zmysłowo poprowadzona szlakiem muzycznych fresków kreślonych dźwiękiem. Przyjaźń może być największym skarbem, oazą pełną bezpieczeństwa i naszym schronieniem. Musi być jednak prawdziwa, pełna wiary w drugiego człowieka, zrozumienia i szczerości. Nie może mieć w sobie kłamstw i pustych deklaracji. Muśnięcie werbli przez Scotta, klawiszowe tło zaszyfrowane dźwiękiem i łkająca gitara Karla, która wznosi w przestrzeń myśl na jedwabne szlaki wyobraźni. Simon wie jak budować emocje.

Nagranie „Everyday Hounted” jest z kolei niczym blask odbity od dna źrenicy: piękne, choć zbyt krótkie. W tym miejscu ponownie miałam niedosyt. Ta historia mogła toczyć się dalej…

„White Nile” - kolejna wędrówka pełna spokoju z cudowną gitarą wtopiona w klawisze, zgrabną linią basu i perkusją, która wybucha niczym wulkan namiętności. Są tu emocje wyrażone doskonałym językiem harmonii i epickich fraz wbudowanych dyskretnie w całość. Sezam pełen kontrastujących ze sobą tematów, opowieści wyszeptanych po obu stronach lustra w którym odbija się fikcja i rzeczywistość. Co za głębina emocji i muzycznej „vision du monde”.

Kropla po kropli, niczym perełki deszczu na szybie, pojawiają się kolejne nuty, delikatne stacatto tworzące kompozycję „The Last Unsung Girl”. Bardzo miło słucha się tego albumu. Jest świetnie nagrany, pełen ambitnych pomysłów i lekkości, takiej jak w tym właśnie utworze. W każdym takcie odnajdujemy smaczki, indywidualne podpisy każdego z muzyków. Czym się dłużej przebywa z muzyką grupy Tribe Of Names, tym więcej odkrywa się jej niezaprzeczalnego czaru.

„Mayfly” posiada klimat, który kojarzy się z kompozycjami Neala Morsea czy The Flower Kings. Światło pląsające pomiędzy nutami, gitary zmieniające swoje brzmienie, niczym kameleon, barwy, ewolucje basowych pasaży i perkusja ożywiona boską pałeczką Scotta Millera.

Zakończenie jest piękne, delikatne i wypełnione przepyszną muzyką. Ile tu jest perełek brzmieniowych, które można odszukać wtapiając się w muzykę? „Dirt On The Inside” to jeden z najdłuższych utworów na płycie „Evolver”- progresywny ogród pachnący tysiącem kwitnących róż, azalii i stubarwnych frezji. To co wyprawia na gitarze Karl Eisenhart wręcz olśniewa i zdumiewa. Powiew świeżości i wiosny kreowanej dźwiękiem, klawiszowe tła precyzyjnie wznoszone z eterycznych cegiełek, wokal który jest instrumentem plastycznym w swojej formie i aura unosząca się lekko w powietrzu pachnącym lawendą i oddalającą się burzą.

Czy mogę dodać coś więcej na temat „Evolver”? Chyba nie muszę…

MLWZ album na 15-lecie