Big Rooster Jeff - The Good Notes

Artur Chachlowski, Big Rooster Jeff - The Good Notes

Zadziwiająca płyta. Przed nami następca wydanej dwa lata temu EP-ki „Mr. Stupid”, debiutancki album brytyjskiego tria o nazwie Big Rooster Jeff, na którym nie wszystko wydaje się takie jak w rzeczywistości, gdzie niespodzianka goni niespodziankę, a muzycy przez cały czas jakby mrugali do nas okiem, że nie zawsze prog rock musi być traktowany super serio i na poważnie.

Już logotyp nawiązujący do znanego obrazka sieci KFC świadczy o dużym poczuciu humoru, ale o ile już sama nazwa zespołu wydaje się mało poważna jak na progrockowe standardy (‘Duży kogut Jeff’), to tytuł płyty mówi sam za siebie: „The Good Notes” (‘dobre brzmienia’). I faktycznie mamy na tym krążku dużo pozytywnej muzyki, pełnej energii, chwilami wręcz neopunkowej ekspresji, mnóstwo pozytywnych wibracji i w ogóle fajnej, melodyjnej i elektryzującej muzyki.

Kogutów jest trzech: na perkusji gra Patrick Spillane, za partie instrumentów klawiszowych (a jest ich na tej płycie wyjątkowo dużo i właściwie muzyka zespołu oparta jest na brzmieniu wszechobecnych klawiszy) Reuben Jones, a na gitarze gra Max Jones. Ten ostatni to mózg zespołu, który jest nie tylko centralną postacią w zespole, ale i głównym kompozytorem i wokalistą (choć można na płycie „The Good Notes” znaleźć też utwory instrumentalne). Jego głos chwilami do złudzenia przypomina Chrisa DeBurgha, a egzaltowany, pełen pasji śpiew nadaje kolorytu poszczególnym kompozycjom.

Jak już wspomniałem, utwory Big Rooster Jeff napakowane są punkową energią (czy tylko mnie przypominają one produkcje grupy Cardiacs?), niesamowitym vibe’em, zabójczym tempem oraz dość teatralnym, by nie rzec pretensjonalnym sposobem wykonania. Szczególnie wokale wydają się mocno manieryczne, ale powiem Wam szczerze: w tym szaleństwie jest metoda. O ile ten niedługi (niespełna 37 minut) album wydaje się być wypełniony stosunkowo prostą muzyką i mało skomplikowanymi utworami, to brzmienie tria jest dostojne i, nie boję się użyć tego słowa, eleganckie. Z pewnością trochę w tym zasługi zaproszonych gości, którzy sprawiają, że skromne instrumentarium oraz proste aranżacje nabierają prawdziwego blasku: Mark Tunnicliffe gra na skrzypcach w utworach „Avalon” i „Months Ago”, a Corrie Howey wykonuje fajne chórki w „Hallelujah”, „Patboi” i „Months Ago”. I właśnie te ostatnie z wymienionych kompozycji wypadają najlepiej i wszystkim nieprzekonanym czy niedowiarkom proponowałbym rozpoczęcie przygody z muzyką Big Rooster Jeff właśnie od tej trójki. Zresztą zespół nie czai się z ukrywaniem swoich produkcji, obecny jest na platformie Bandcamp, znajdziecie ich na YouTube (a gdy zobaczycie ich sceniczny, moim zdaniem mniej lub bardziej świadomie nawiązujący do Phila Collinsa w różnych stadiach jego kariery, image, to naocznie przekonacie się o ich przeogromnym poczuciu humoru), a jako wisienkę na torcie należy potraktować zamieszczenie całego recenzowanego dziś przeze mnie albumu do darmowego odsłuchu. Zaglądnijcie koniecznie tutaj: https://www.youtube.com/watch?v=A0G81Cjgj_0

To może pełne naiwności, ale też nieodpartej potrzeby dzielenia się z potencjalnymi odbiorcami własną muzyką sprawia, że w kompozycjach Big Rooster Jeff przez cały czas słychać młodzieńczą radość grania, dobrą zabawę, bezkompromisowość oraz, co chyba najważniejsze, prawdziwy talent, pasję oraz wiarę w siebie i w swoje muzyczne pomysły. Szczególnie to ostatnie dobrze rokuje i sprawia, że już teraz wiem, że z zaciekawieniem będę śledzić dalsze losy tego nowego, niezwykle sympatycznego zjawiska na mapie brytyjskiego prog rocka.

MLWZ album na 15-lecie