NDV (Nick D'Virgilio) - Live & Acoustic

Artur Chachlowski,
ImageKtóż zacz NDV? Pod tym trzyliterowym skrótem ukrywa się artysta doskonale znany sympatykom prog rocka: Nick D’Virgilio – perkusista, a ostatnio, po odejściu Neala Morse’a, lider i wokalista amerykańskiej grupy Spock’s Beard. Zamiana perkusji na mikrofon, której świadkami byliśmy na ubiegłorocznej płycie tego zespołu pt. „Feel Euphoria” nasuwa na myśl pewne analogie z Philem Collinsem i jego „awansem” w Genesis po odejściu Petera Gabriela. A przecież to wcale nie jedyny wątek łączący Nicka z Genesis. Mało kto pamięta, ale to właśnie on jako jeden z dwóch zaproszonych perkusistów wziął udział w sesji nagraniowej albumu „Calling All Stations”. I jak przystało na niezwykle aktywnego muzyka NDV w ostatnim czasie udzielał się w niezliczonych przedsięwzięciach, z których warto wymienić m.in. formację Giraffe, najnowszą płytę Tears For Fears, jego album solowy „Karma”, czy akustyczny krążek nagrany z byłym kolegą ze Spock’s Beard „Nick’n Neal”. Omawiany dzisiaj album jest jego bliźniaczym bratem, bowiem stanowi on zapis akustycznego koncertu, który we wrześniu ubiegłego roku Nick dał w Oakland w Kalifornii. Podczas koncertu z gitarą w ręku wykonał kilkanaście utworów z repertuaru Spock’s Beard, swojego własnego dorobku, a także... zaprezentował niezwykle urocze wersje pamiętnych nagrań „Here Comes The Flood” Petera Gabriela oraz ledzeppelinowskiego „Ten Years Gone”. Na płycie „Live & Acoustic” szczególnie imponuje niezwykła umiejętność przeistaczania długich i skomplikowanych form muzycznych w proste piosenki, zaaranżowane jedynie na głos i gitarę. A to przecież niełatwe zadanie, z uwagi na to, że Spock’s Beard zawsze słynął z mocno rozbudowanych kompozycji, rozpisanych na wiele instrumentów i upiększonych wielopiętrowymi harmoniami wokalnymi. Nickowi udało się je uprościć w idealny sposób. I za to należą mu się wielkie brawa, którymi zresztą co chwilę nagradza go publiczność zgromadzona w sali Imusicast. Jako osobne wydawnictwo pod tym samym tytułem ukazała się też płyta DVD z nieco innym repertuarem. Zamiast ciekawych wspomnianych już wcześniej coverów, znajdujemy na niej kilka tzw. „rozweselaczy”, czyli ujęć z i spoza sceny, na których Nick usiłuje rozśmieszyć kamerzystę. Usiłuje, bo większość tych ujęć wypada tyleż głupio, co infantylnie. Dlatego też zamiast nudnej i pozbawionej dynamizmu wersji DVD polecam krążek audio. No, chyba, że ktoś koniecznie chce podziwiać nowy zabójczy image Nicka w postaci niesamowicie odlotowej fryzury...
MLWZ album na 15-lecie