Nolan, Clive - Skeletons In The Cupboard

Artur Chachlowski,
ImageClive Nolan to obecnie jeden z najbardziej szanowanych klawiszowców w świecie muzyki rockowej. Szczególne uznanie zdobył sobie wśród fanów progresywnego rocka. Nic dziwnego, wszak zespoły, w których działa (Pendragon, Arena) od wielu lat należą do ścisłej czołówki tego gatunku. Ale chyba nie wszyscy wiedzą, jaka muzykę tworzył on zanim zyskał sobie sławę mistrza progresywnej klawiatury. Właśnie na rynku ukazuje się płyta, która licznym sympatykom jego talentu pomoże zapoznać z jego najwcześniejszym, często bardzo zaskakująco brzmiącym dorobkiem.

Wywodzący się z artystycznych kręgów Londynu rodzice Clive’a Nolana pieczołowicie zadbali o jego muzyczną edukację. Rozpoczął on naukę gry na fortepianie w wieku czterech lat, a już jako dziewięciolatek pobierał dodatkowe lekcje gry na skrzypcach i wiolonczeli. Ukończył średnią szkołę muzyczną, a następnie zdobył dyplom University Of London w klasie muzyki, gdzie studiował równolegle z International Film School, pobierając tam lekcje komponowania muzyki filmowej. Clive pewnie nigdy nie przestąpiłby progu świata progresywnej muzyki, gdyby nie pewna wizyta w Virgin Megastore, gdzie „w ciemno” dokonał on zakupu albumu „Seconds Out” grupy Genesis. Z właściwym sobie przekąsem wspomina on to wydarzenie twierdząc, że tak naprawdę zafascynowała go okładka tej płyty (rzeczywiście jest imponująca), a dopiero później odkrył prawdziwe piękno symfonicznego brzmienia spod znaku Tony Banksa i spółki. Szczęśliwych trafów było więcej. Pod koniec 1985 roku Nick Barrett, któremu po nagraniu pierwszej płyty Pendragonu właśnie rozsypał się skład zespołu, zaproponował Clive’owi uczestnictwo w pracach nad kolejnym albumem. Początkowo współpraca ta miała mieć charakter jednorazowy, ale jak wiemy w ten właśnie sposób Clive Nolan stał się do dnia dzisiejszego prawdziwym filarem Pendragonu. Ale nie zapominajmy, że niespokojny duch drzemiący w osobowości Nolana nie pozwolił mu na koncentrowanie się wyłącznie na jednym zespole. Clive pisał dużo muzyki, komponował i nagrywał w domowym studiu. Część jego dorobku ujrzała światło dzienne dzięki licznym projektom, które w tamtym czasie powołał do życia. Do najważniejszych zaliczyć trzeba formację o nazwie Casino (1994), w której współpracował między innymi z nieżyjącym już wokalistą grupy Twelfth Night, Geoffem Mannem, zespół Shadowland, z którym nagrał 3 płyty długogrające, formację Strangers On a Train, z którą do tej pory zrealizował dwie części trylogii „The Key”, czy dwa fascynujące albumy „Jabberwocky” i „The Hound Of The Baskervilles” nagrane w duecie z synem Ricka Wakemana, Oliverem. Jako właściciel doskonale wyposażonego studia nagraniowego Thin Ice Studios wspomagał on też innych muzyków związanych z kręgiem art rocka, produkując ich płyty (Landmarq, Threshold, Hybrid, Medicine Man, Ulysses), czy też gościnnie występując na ich albumach (Ayreon, Landmarq, Moria Falls, Michelle Young). No i jest jeszcze to najważniejsze „dziecko” Nolana: zespół Arena. Przedsięwzięcie, z którym wiąże on największe nadzieje i w chwili obecnej poświęca mu najwięcej czasu. Ta stworzona przez Clive’a oraz byłego perkusistę Marillionu, Micka Pointera, grupa obecnie po dziesięciu latach działalności i pięciu doskonale przyjętych albumach studyjnych, stała się jedną z najjaśniej świecących gwiazd na firmamencie współczesnej muzyki progresywnej.

Wszystkie te projekty i zespoły są zapewne doskonale znane wszystkim adeptom prog rocka, gdyż ukazały się na płytach, które z mniejszym lub większym problemem można nabyć na rynku. Ale czy ktokolwiek słyszał o takich formacjach, jak Partners In Crime, The Cast, czy NO? Łączy je jedno: właśnie osoba Clive’a Nolana, jako ich pomysłodawcy, uczestnika i kompozytora. Nie zyskały sobie one większej popularności, a to głównie dlatego, że nie są, a właściwie nie były one przedsięwzięciami na wskroś profesjonalnymi i trudno utożsamiać je z najczystszą odmianą artystycznego rocka. Clive kiedyś świadomie odłożył nagrania tych grup do szuflady, lecz teraz, po latach postanowił opublikować je na przekrojowej płycie zatytułowanej „Skeletons In The Cupboard”, co z właściwym Clive’owi poczuciem humoru należałoby przetłumaczyć jako „Szkielety w kredensie”. Skąd wziął się tak dziwny tytuł tej archiwalnej kompilacji? Zapewne dlatego, że to nagrania już nieco zapomniane, pokryte kurzem czasu, projekty od dawna nieżyjące już własnym życiem, nie wiadomo kiedy zarzucone i schowane gdzieś głęboko w skrzyni na strychu (o, przepraszam: w kuchennym kredensie!). Na albumie tym znalazły się dwa utwory powołanej do życia w połowie lat 80 formacji Partners In Crime, która grała typową dla tamtych czasów przebojową, neoromantyczną muzykę. Utwory te rażą dziś nieco swą naiwnością, ale nie sposób odmówić im przebojowości i melodyjności (jak zwykle daje o sobie znać kompozytorski talent Nolana) oraz niezłego wokalu (brawa dla Andy Smitha). Oprócz formacji Partners In Crime poznajemy dzięki temu wydawnictwu inny projekt naszego bohatera – The Cast. Z nieoficjalnego dema tego zespołu pt. „Raindance” zamieszczono na „Skeletons In The Cupboard” aż trzy utwory. Dwa z nich („Tomorrow Today” i „Out In The Cold”) śpiewane są przez Simone’a Clew, który później dał się poznać jako wspaniały interpretator piosenek basisty Pendragonu, Petera Gee na jego solowej płycie zatytułowanej „A Vision Of Angels”. Ponadto mamy tu chwytliwą i zarazem prostą pioseneczkę „Walk On Water” firmowaną osobiście przez Nolana, fragment ścieżki dźwiękowej jego autorstwa do filmu „Old Priest”, która przed laty ukazała się na albumie „Conflicts”, dance’ową przeróbkę utworu „Beauty And The Beast” w wykonaniu Tracy Hitchings (dziś jest wokalistką w zespole Landmarq) z wydanej w 1991 roku jej solowej płyty „From Ignorance To Ecstasy”, dwa wczesne dema najstarszych nagrań zespołu Shadowland oraz popową piosenkę „In My Hart” w wykonaniu Tiny Riley – żony lidera grupy Threshold, Karla Grooma. A na deser, na sam koniec kompilacji Nolan zamieścił instrumentalną kompozycję „Quantum Leap” firmowaną nazwą NO. Ten lakoniczny skrót należałoby rozszyfrować jako Nolan-Orford, a więc duet dwóch wielkich, kto wie czy nie najsłynniejszych pianistów współczesnej sceny progresywnej. Nagranie to ukazało się już przed wielu laty na składankowym albumie nieistniejącej już niestety holenderskiej wytwórni SI Music i miało być początkiem bliskiej współpracy pomiędzy liderami Areny i IQ. W specjalnej notce, którą Clive opatrzył to nagranie, napisał, że „Quantum Leap” był jego kompozytorskim wkładem w rozwój tego duetu. Na wkład Martina Orforda i kolejną cegiełkę w działalności NO oczekuje on już od ponad 10 lat. Zastanawiam się, jak długo przyjdzie mu jeszcze czekać…?

Nieistotne wydają się dziś dywagacje, czy któryś z opublikowanych na „Skeletons In The Cupboard” projektów będzie miał kiedykolwiek swój ciąg dalszy. Najważniejsze jest, że wydając ten album Clive ujawnił swoim fanom swe inne, niekoniecznie progresywne oblicze. Pokazał, że oprócz muzyki, którą miłośnicy art rocka doskonale znają z jego licznych płyt, tworzy (tworzył?) on także inne muzyczne pejzaże, które być może są dla niego terapeutyczną ucieczką w krainę diametralnie innych dźwięków i nastrojów. Myślę, że dzięki albumowi „Skeletons In The Cupboard”, który trzeba traktować jako swoistą płytę – ciekawostkę, Clive Nolan daje się lepiej poznać swym licznym fanom, ukazując zupełnie inną perspektywę swojej twórczości oraz dając sposobność do szerszego spojrzenia na jego dotychczasowe muzyczne dokonania.

Ach, byłbym zapomniał: Clive uwielbia koty. Uwielbia też Jacka Daniela, najlepiej zmieszanego pół na pół z dietetyczną colą. Wydaje mi się, że dopiero teraz obraz tego artysty wydaje się kompletny.

MLWZ album na 15-lecie