Nosound - Sol29

Artur Chachlowski,
ImageDrogi Czytelniku! Jeżeli jesteś fanem Stevena Wilsona i wszelkich jego projektów, począwszy od Porcupine Tree, poprzez Blackfield, a na No Man skończywszy, to otwórz teraz szeroko oczy i uważnie przeczytaj te recenzję. A zaraz potem poszperaj w internecie i jak najszybciej zaopatrz się w swój egzemplarz niniejszego wydawnictwa. Nie piszę tych słów na wyrost, bo Giancarlo Erra, który jest mózgiem projektu o nazwie Nosound zapatrzony i zasłuchany jest bez reszty w twórczości Wilsona. Szczególnie upodobał sobie styl formacji No Man, którą to Wilson tworzy wspólnie z wokalistą Timem Bownessem. Erra na płycie „Sol29” proponuje muzykę klimatycznie bardzo zbliżoną do No Man, z tą tylko różnicą, że o ile No Man to duet, to w Nosound za wszystkie dźwięki odpowiada on jednoosobowo. I trzeba od razu przyznać, że wychodzi on z tego obronną ręką. Gilmourowskie solówki gitarowe, jeżozwierzowe plamy syntezatorowych dźwięków, wilsonowski wokal i niepowtarzalna atmosfera – to atrybuty, którymi Giancarlo posługuje się bezbłędnie. Nie jest to bynajmniej bezmyślne kopiowanie. Na „Sol29” słuchać, że posiada on swoją własną, przemyślaną wizję tego, jak jego muzyka powinna brzmieć i w jakim podążać kierunku. Wszystkim 10 kompozycjom wypełniającym program tego albumu nie można nic zarzucić, a conajmniej dwóm „Overloaded” i „Idle End” należy przyznać status kompozycji nieomal wybitnych. Muzyka Nosound czerpie mocno z klasycznej atmosfery lat 70-tych, czerpie sporo z najlepszych rockowych tradycji, ale zarazem świetnie zaadoptowana jest do wymogów współczesności. Przepiękny to album.
MLWZ album na 15-lecie