Pallas - The Dreams of Men

Artur Chachlowski,
ImageZ takimi płytami, jak ta i takimi zespołami, jak Pallas jest tak: zgorzkniali krytycy wszystkiego co artrockowe zapewne totalnie zbesztają to wydawnictwo, a bezkrytyczni fascynaci znajdą w nim wiele elementów świadczących o tym, że na swojej nowej płycie zespół Pallas umiejętnie korzysta ze wszystkiego co najlepsze w tym gatunku. Nie uważam, by mój głos dotyczący osiągnięć szkockich muzyków był bezkrytyczny, jednak zdecydowanie bliżej mi do tego drugiego poglądu. Dlatego od razu powiem, że „The Dreams Of Men” z pewnością nie jest najlepszą i najważniejszą pozycją w długiej, bo ponad 25 – letniej biografii zespołu. Przede wszystkim album ten cierpi z powodu – jak to nazywam – pewnego „syndromu technologicznego” i niepohamowanej potrzeby pakowania maksymalnej ilości muzyki na kompaktowym nośniku. Modzie tej zespół Pallas niestety nie potrafił się oprzeć i na krążku „The Dreams Of Men” znalazło się grubo ponad 70 minut muzyki. Za starych, dobrych winylowych czasów byłby to album podwójny, teraz otrzymujemy zaledwie jeden srebrny krążek, którego - przyznaję to z bólem serca - trudno wysłuchać w skupieniu za jednym razem. Być może to znak naszych czasów i wszechobecnego pędu na łeb, na szyję, bo coraz trudniej znaleźć wystarczająco dużo czasu, by spędzić z jedną płytą ciurkiem blisko półtorej godziny. Strasznie ucieszyły mnie ostatnio rozmiary nowych albumów Pendragonu, Paula McCartneya, czy Deep Purple. Trzy kwadranse z dobrą muzyką – to jest to! Ale skończmy te przydługie dywagacje o czasie trwania płyt CD, bo pewnie pomyślicie, że czepiam się bez sensu. A nie chciałbym przecież, by tak było. Tym bardziej, że nowe dzieło grupy Pallas to moim zdaniem naprawdę dobra płyta. Tak, jak już napisałem, z pewnością nie najlepsza w jej dorobku, bo za niedościgniony wzór uważam album „The Sentinel”. Moim zdaniem również nie tak wspaniała to płyta, jak wydana w 1998r. „Beat The Drum”, będąca wspaniałym powrotem zespołu po kilku latach milczenia. Jednak „The Dreams Of Men” to album ciągle intrygujący, imponujący ciekawymi pomysłami, rozmachem, świetnym wykonaniem i ciepłym wokalem Alana Reeda. Zespół najwspanialej wypada – a jakże! -  w najdłuższych kompozycjach. „Bringer Of Dreams”, „Too Close To The Sun”, „Invincible”, czy „The Last Angel” nie dość, że trwają przynajmniej po 10 minut każda, to imponują symfonicznym rozmachem i wielopiętrowością brzmienia. W ostatnim z wymienionych utworów Pallas sięgnął po operowe rozwiązania. Kilkuminutowe  sopranowe solo skontrastowane z potężnym brzmieniem całego zespołu robi piorunujące wrażenie i stanowi wspaniały finał tej niezwykłej płyty. Jest na niej też kilka krótszych utworów, z których szczególnie „Mr. Wolfe” prezentuje się wręcz niesamowicie. Bardzo ładne, jakby zupełnie z innej bajki jest też instrumentalne nagranie „Northern Star”, świetnie słucha się utworu „Ghostdancers” z ładną celtycką linia melodyczną prowadzoną przez skrzypce. Muszę więc przyznać, że choć bardzo długa to płyta, to dzieje się na niej tak wiele dobrego, że nie sposób nudzić się przy niej. Trzeba tylko zarezerwować sobie odpowiednią ilość czasu, odizolować się od tempa codziennego życia i... unieść się gdzieś wysoko, zatapiając się w swoich marzeniach, chłonąc te przepiękne dźwięki i pozwalając porwać się tym wspaniałym kompozycjom.
MLWZ album na 15-lecie