Pendragon - Live... At Last! Kraków, Poland 1996

Artur Chachlowski,
ImageTen najpopularniejszy chyba w naszym kraju przedstawiciel progresywnego rocka doczekał się wreszcie po blisko 20 latach działalności profesjonalnej kasety video. I to kasety będącej zapisem polskiego koncertu, który odbył się w krakowskim studiu telewizyjnym w Łęgu. Jak zaznaczono na okładce kasety był to koncert „tajny”, gdyż do ostatniej chwili trzymano w tajemnicy fakt, że po trzech ubiegłorocznych koncertach grupy Pendragon w Poznaniu, Warszawie i Zabrzu nastąpi jeszcze jeden, ten najważniejszy, właśnie w Krakowie, gdzie muzycy tego zespołu zdecydowali się zarejestrować film ze swoim występem. Być może z powodu tej szczególnej i niczym nie uzasadnionej konspiracji w studiu Telewizji Kraków stawiło się w sumie niewiele widzów, spośród których spora część była jedynie biernymi i przypadkowymi słuchaczami nie znanej im muzyki.

A szkoda, że tak się stało, gdyż gorąco zazwyczaj przyjmująca swoich idoli polska publiczność  na tym koncercie zachowywała się nad wyraz sztywno, jakby odczuwała sporą tremę przed tuzinami kamer i reflektorów. A przecież to w sumie o taką tremę posądzić można by raczej było lidera Pendragonu - Nicka Barretta. Kto dzień przed rejestracją występu w Krakowie miał okazję obejrzeć „normalny” koncert Pendragonu w Domu Muzyki i Tańca w Zabrzu ten wie, że Barrettowi całkowicie odmówił posłuszeństwa głos. Widocznie surowa listopadowa aura wycisnęła swoje piętno na jego zdrowiu, ale od czego w końcu mamy  techniczne zdobycze końca XX wieku? W trakcie obróbki zarejestrowanego materiału w studiu dograno co bardziej finezyjne partie wokalne, a szczególnie te wszystkie górne rejestry, w których to Barrett zupełnie pogubił się w Krakowie. Te wszelkiego rodzaju elektroniczne zabiegi dały w rezultacie zamierzony efekt w postaci zgrabnej, profesjonalnie zrealizowanej, trwającej blisko 100 minut kasety wideo, która z pewnością stanie się obiektem żarliwego pożądania tysięcy fanów Pendragonu na całym świecie. Nam powinno być szczególnie miło, że to właśnie polski fragment ubiegłorocznej trasy koncertowej tej grupy został utrwalony na taśmie. Argumentów przemawiających za niewątpliwą atrakcyjnością tej kasety jest sporo: cały świat dowie się, że jest w Polsce takie przychylne artrockowi miejsce, jak Kraków, że jest w kraju nad Wisłą publiczność, która kocha dobrą muzykę i która potrafi żywo reagować na to, co dzieje się na scenie, a dodatkowo być może ktoś nawet dopatrzy się własnej twarzy w tłumku kłębiącym się przed sceną.

 

Koncert rozpoczyna się od kilkudziesięciosekundowego orkiestralnego wstępu, w trakcie którego muzycy wybiegają na scenę, by wprawić w falowanie publiczność bardzo chwytliwym „Nostradamusem” pochodzącym z albumu „The Window Of Life”. Po przywitaniu się z krakowskimi fanami ze sceny pada zapowiedź dwóch numerów otwierających najnowsze wydawnictwo Pendragonu „The Masquarade Overture”. Oba utwory: „As Good As Gold” oraz „Paintbox” są tak piękne i równie wspaniale zostają odegrane, że cokolwiek by o nich nie napisać, to i tak nie sposób przekazać o nich całej prawdy. Tak jak w całej twórczości zespołu Pendragon spokojne i liryczne fragmenty krzyżują się w nich z elementami pełnymi rozmachu i dynamiki. Zaraz potem następuje kolejna podróż na płytę „The Window Of Life” w postaci nastrojowej kompozycji „Breaking The Spell”, z której wyłania się z kolei „Guardian Of My Soul” - kto wie czy nie najpiękniejsze nagranie z ubiegłorocznej płyty grupy Pendragon. Zresztą przez cały koncert przewijają się głównie kompozycje z trzech ostatnich - co tu nie mówić - bardzo do siebie podobnych studyjnych płyt Pendragonu. Oglądamy więc po kolei „Back In The Spotlight”, a następnie owacyjnie przyjęty „The Last Man On Earth”. Ten czternastominutowy epicki utwór stał się  już prawdziwym klasykiem w koncertowym repertuarze Pendragonu. Dzięki niemu z łatwością odbywamy daleką wyprawę ku rejonom zbliżonym do twórczości Camel, The Moody Blues, Pink Floyd, czy Clannad. Po nim następuje zapowiedź Nicka Barretta, że utwór który za chwile zostanie wykonany będzie zagrany po raz pierwszy w Polsce. Chodzi o tą jakże bardzo genesisowską kompozycję „The Shadow”, z której na poprzednich koncertach zrezygnowano zapewne z powodu wspomnianych na wstępie wokalnych kłopotów Barretta. No i wreszcie następuje finał występu: „Leviathan” - kolejny klasyk, tym razem z debiutanckiego albumu. Muzycy na scenie szaleją, a z nimi rozradowana i rozochocona publiczność. Nie mogło się więc na tym zakończyć. Z radością widzimy, że ta nieliczna, jakby nieco uśpiona publiczność potrafi reagować dość żywiołowo i zespół zostaje wywołany na dwa wkalkulowane w scenariusz koncertu bisy. Najpierw słyszymy „Masters Of Illusions”, a następnie „The Last Waltz” , który jest częścią suity „Queen Of Hearts” z albumu „The World”. Ten łatwo wpadający w ucho temat zupełnie rozkołysał publiczność, a i na scenie dzieją się rzeczy niezwykle widowiskowe: Nick Barrett gra porywające gitarowe solówki klęcząc tuż przed pierwszym rzędem widzów, Fudge Smith uderzając w imponujący zestaw bębnów niemal bez przerwy się uśmiecha, sprawiając wrażenie absolutnie nie zmęczonego długim występem, Clive Nolan potrząsa swoją długą czupryną i w trakcie gry dynamicznie kołysze swoim zestawem syntezatorów, a basista Peter Gee bez przerwy śmiesznie przytupuje, nieustannie uwijając się w tańcu św. Wita. No i ten jeszcze jeden sympatyczny swojski akcent: pomiędzy dwoma bisami Nick Barrett zachęca zgromadzone w Łęgu audytorium do zaśpiewania czegoś po polsku. W odpowiedzi następuje oczywiście dyżurne „sto lat”, które sprawia tyle samo radości zespołowi, co i samym śpiewającym.

Ubiegłoroczna trasa koncertowa Pendragonu w Polsce była już drugą wizytą tej grupy w naszym kraju. Do dzisiaj wszyscy pamiętamy te wspaniałe koncerty z 1994 roku, kiedy to Pendragon przybył do „najbardziej na wschód położonego kraju, w którym przyszło im kiedykolwiek grać”, wszyscy wspominamy to wielkie rockowe misterium, które w sposób tyleż spontaniczny, co niespodziewany miało miejsce w Zabrzu, po którym to Nick Barrett powiedział: „dziś wydarzyło się coś magicznego”. Już wtedy wiadomo było, że Polska wpisała się na trwałe w regularną mapę tras koncertowych Pendragonu i dlatego też z wielką niecierpliwością oczekiwaliśmy ubiegłej jesieni ponownej wizyty tej formacji. Przyjechali do nas w pół roku po wydaniu albumu „The Masquarade Overture”, który w wielu podsumowaniach okazał się najlepszą progresywną płytą A.D. 1996. Apetyty i oczekiwania były ogromne. Zainteresowanie koncertami przerosło jakiekolwiek inne wcześniejsze występy współczesnych gwiazd progresywnego rocka w naszym kraju. Nikt tylko nie pomyślał o tym, by na listopad załatwić cieplejszą pogodę i łagodniejszą aurę. Być może dlatego te cztery koncerty Pendragonu  były swego rodzaju rozczarowaniem. Pozostała nam jednak ta kaseta wideo. Dzięki elektronicznym sztuczkom przeciętny widz wcale nie musi wiedzieć o zdrowotnych perturbacjach Nicka Barretta. Jest zatem przywilejem polskiej publiczności fakt, że mamy możliwość odkrywania fragmentów, w których jego głos został tak umiejętnie podszlifowany, że nie pozostało nic z jego przeraźliwej chrypy i łatwo słyszalnego bólu gardła. Ci, których nie było w studiu w Łęgu tego nie dostrzegą. Mnie tam nie było, więc umówmy się, że też nic nie zauważyłem.

MLWZ album na 15-lecie