D Project

Proto-Kaw - The Wait of Glory

Artur Chachlowski,
ImageChoć to nowiutka płyta, będzie to opowieść o zamierzchłych czasach. O zawiłych drogach do popularności, o muzycznych fenomenach, o niespodziewanie spełnianych marzeniach. Cóż, że realizują się one dopiero po kilkudziesięciu latach? Wszak losy muzycznych karier bywają często mocno pokręcone...

Chyba nie można sobie wyobrazić bardziej zawiłej historii niż droga do dzisiejszej popularności grupy Proto-Kaw. Aby prześledzić losy tej formacji należałoby cofnąć się do początku lat 70-tych. Spytacie: jakże to? Przecież na próżno szukać tej nazwy w archiwalnych rocznikach tamtego okresu. No dobrze, spróbujmy więc inaczej. Każdy zna chyba amerykański zespół Kansas... Czy teraz robi się odrobinę jaśniej? Niewtajemniczonym przypomnę, że Kansas to jeden z najwybitniejszych przedstawicieli amerykańskiego rocka, którego muzyka była odpowiedzią na prężnie rozwijający się i zyskujący ogromną popularność  pierwszej połowie lat 70-tych brytyjski rock symfoniczny. Kansas ma w dorobku kilka wybitnych płyt, jak „Song For America” (1975), „Leftoverture” (1977), „Point Of Know Return” (1977), koncertowe dzieło „Two For The Show” (1978) oraz wielkie przeboje, jak „Dust In The Wind”, czy „Carry On A Wayward Son”. Potęgę grupy Kansas budowała szóstka muzyków: Phil Ehart, Dave Hope, Richard Williams oraz trzech najbardziej znanych panów: Steve Walsh, Robby Steinhardt oraz Kerry Livgren. Pierwszemu z tej trójki zespół zawdzięczał jedyne w swoim rodzaju wspaniałe partie wokalne, drugiemu – charakterystyczne brzmienie skrzypiec, które stało się prawdziwym symbolem muzyki Kansas, a trzeciemu – lawinę wyśmienitych muzycznych pomysłów oraz autorstwo największych przebojów zespołu. To właśnie Kerry Livgren powołał do życia grupę Kansas, to on stał na jej czele w chwilach największych triumfów i był jej charyzmatycznym przywódcą. Tak dzieje się właściwie do dzisiaj, choć precyzyjniej należałoby powiedzieć, że do niedawna. Ostatni sukces zespołu Kansas to pochodzący sprzed 5 lat album „Somewhere To Elsewhere”. Livgren nie tylko jak zawsze pięknie zagrał na tej płycie, ale dostarczył cały wypełniający ją repertuar. Płyta „Somewhere To Elsewhere” cieszyła się sporą popularnością wśród fanów i określano ją mianem „rewelacyjnego powrotu grupy do szczytowej formy”. Wydawać by się mogło, że w takiej sytuacji zespół o tak uznanej renomie pójdzie za ciosem i szybko nagra kolejną płytę, ale nic takiego, poza koncertowym albumem „Device Voice Drum” z 2002r., się nie stało. A dlaczego? Powód jest jeden: kierujący grupą Kansas, Kerry Livgren zajął się zupełnie innym projektem. A właściwie pewnym starym projektem, protoplastą grupy Kansas, czymś, co kronikarze nazwaliby dzisiaj „Kansas Mark I”, czyli najwcześniejszym wcieleniem tego zespołu, pamiętającym jeszcze rok 1970. I tutaj dopiero powinna zaczynać się nasza właściwa opowieść. Zważywszy na fakt, że debiut „prawdziwego” Kansasu miał miejsce w 1974 roku, warto skupić się na kilkuletnim okresie bezpośrednio poprzedzającym tą datę.

W miejscowości Topeka w stanie Kansas pod wodzą Kerry Livgrena rozpoczęła wtedy działalność grupa, składająca się z młodych, ambitnych muzyków, których głowy przepełnione były marzeniami, planami, a przede wszystkim mnóstwem ciekawych pomysłów muzycznych. Grywali w szkołach, w małych klubach, w niewielkich salach swojego rodzinnego Kansasu. Od niego właśnie pochodzi nazwa zespołu. Działali tak przez kilka lat, zmagając się z trudną komercyjną rzeczywistością tamtych czasów. Niestety nie przetrwali tego trudnego okresu, nie pozostawili po sobie żadnych profesjonalnych nagrań, a  ich późniejsze rozczarowanie do branży muzycznej przejawiło się całkowitym zarzuceniem grania jako sposobu na życie, czy na utrzymanie własnych rodzin. Wszyscy na dobre wycofali się z życia muzycznego. Wszyscy, za wyjątkiem  Livgrena, który spotkawszy innych, wspomnianych wyżej, muzyków powrócił do oryginalnej nazwy zespołu Kansas i odniósł z nimi wielki sukces. Reszta jest historią. Ale powróćmy znowu do tych artystów, którzy zawiedzeni brakiem sukcesów z okresu 1971- 1973 zaniechali dalszej działalności. Bo przecież to oni są bohaterami tej opowieści. Za mikrofonem pierwszego wcielenia grupy Kansas stał obdarzony ciekawym głosem Lynn Meredith, za perkusją zasiadał Brad Schulz, Dan Wright grał na instrumentach klawiszowych, John Bolton na fletach i saksofonach, Don Montre na organach, Rod Mikinski na basie, a na gitarze oczywiście sam Kerry Livgren. Gdy w 2001 roku, a więc tuż po ukazaniu się płyty „Somewhere To Elsewhere” zupełnie niespodziewanie wytwórnia Cuneiform Records zwróciła się Livgrena  z pytaniem o możliwość wydania na płycie jedynej taśmy demo, która zachowała się z okresu prac pierwszego wcielenia Kansasu, nie mógł uwierzyć, że taki pomysł mógł komuś w ogóle przyjść do głowy. Po kilku dniach namysłu poinformował jednak o tym swoich starych kolegów, którzy pochłonięci własnym życiem dawno już zapomnieli  o istnieniu tego demo. Koniec końców udało się uzyskać zgodę prawie wszystkich uczestników tych nagrań (basista Don Montre zmarł 15 lat temu, a basistę Roda Mikinskiego zastapił Craig Kew) i kilka miesięcy później na sklepowych półkach pojawił się album zatytułowany „Early Recordings From Kansas 1971-1973”. Ukazał się on pod szyldem „Proto-Kaw”, co można rozszyfrować jako „Przedkansas” (w języku oryginalnych mieszkańców tamtego regionu, Indian Kansa, słowo „Kaw” oznacza „Kansas”). Zainteresowanie, które wzbudziło to wydawnictwo zmobilizowało Kerry Livgrena do odkurzenia przepastnych domowych archiwów i namówienia kolegów do regularnej pracy nad nowym materiałem. Można sobie tylko wyobrazić jak trudne było to zadanie. Muzycy Proto-Kaw w chwili ich płytowego debiutu liczyli sobie przecież po 50 – 55 lat i, jak należy się spodziewać, posiadali ustabilizowane życie zawodowe i rodzinne. Nie w głowach był im powrót na scenę. Zabiegi Livgrena jednak przyniosły spodziewany skutek i w 2004 roku ukazała się druga płyta sygnowana nazwą Proto-Kaw pod wiele mówiącym tytułem „Before Became After”. Zawierała ona 5 wczesnych, nienagranych wcześniej utworów oraz 5 nowych nagrań, skomponowanych specjalnie na tę płytę. Na albumie tym Proto-Kaw wyraźnie nawiązał do muzycznej atmosfery lat 70-tych. Jako że autorem nowego repertuaru był Kerry Livgren nie dziwił fakt, że kompozycje Proto-Kaw utrzymane były w stylu muzyki Kansas, acz z pewnymi elementami jazzowych i psychodelicznych inklinacji. Ktoś nawet określił muzykę Proto-Kaw mianem „psychodelic rock jazz extravaganza” i trzeba przyznać, ze ta zbitka terminów idealnie oddaje ducha muzyki zespołu. Tak, zespołu właśnie, bowiem w chwili obecnej Proto-Kaw to wcale nie konglomerat księgowych, kierowców i półamatorskich muzyków w wieku przedemerytalnym. To profesjonalny zespół, który nie dość, że wciąż komponuje nową muzykę, to po ponad 30 latach przerwy znów rusza w trasę koncertową. Tegoroczne tournee zespołu nie tylko zaprowadzi  zespół poza rodzinny Kansas, ale także i poza granice Stanów Zjednoczonych, jako że w styczniu i lutym Proto-Kaw po raz pierwszy zawita do Europy. Mało tego, zespół na sam początek roku przygotował swoim starym i nowym, ale coraz liczniejszym fanom nie lada niespodziankę w postaci nowej, trzeciej już płyty długogrającej. Album „The Wait Of Glory” to prawdziwa uczta dla uszu miłośników atmosfery wczesnych lat 70-tych. Po raz pierwszy w biografii zespołu jest to album złożony z utworów specjalnie skomponowanych na potrzeby nowego wydawnictwa. A więc są to kompozycje nowe, jednakowoż wcale nie brzmiące zbyt nowatorsko, czy nad wyraz nowocześnie. Z zapatrzenia w przeszłość i z hołdowania muzyce z innej epoki grupa Proto-Kaw uczyniła zaletę i wyróżnik swojej działalności. Bo pomimo tego, że materiał stanowiący program albumu „The Wait Of Glory” utrzymany jest w nieco staromodnym stylu, to zachwyca on perfekcją wykonania oraz mnogością niezwykle pięknych tematów. Od pierwszego utworu na płycie, „Nevermore”, a z po ostatni „Picture This” słucha się tej płyty z niekłamaną przyjemnością. To dostojny, niesamowicie dojrzały album, przepełniony epickim rozmachem, klimatami z pogranicza wczesnego Kansasu, Genesis i King Crimson. Album pełen wysmakowanej melodyki, pięknych partiami gitar, fletów, saksofonów i klawiszy. Album pełen aury prawdziwego uduchowienia. Nie brakuje też na nim elementów nieco zwariowanych, jak choćby „Osvaldo’s Groceries”, który należałoby chyba rozpatrywać w kategoriach krótkiego jazzowego żartu. W utworze „Old Number 63” głos Lynna Mereditha przepuszczony jest przez vocoder i sprawia to wrażenie jakby zespół chciał uhonorować dorobek nieco zapomnianej już dzisiaj australijskiej formacji Flash And The Pan. Ale to tylko dwa ekstrawaganckie rodzynki w tym smakowitym cieście, któremu na imię „The Wait Of Glory”. Tego smaku płycie nadają epickie, rozbudowane i jakże piękne kompozycje „The Vigil”, „When The Rains Come”, czy „Nevermore”. Palce lizać.

Widać, że ostatnimi czasy praca w obozie Proto-Kaw nabiera tempa i rumieńców. Dobrze, że tak się dzieje, bo dzięki takim albumom, jak „The Wait Of Glory” w ręce sympatyków dobrej i dojrzałej sztuki trafia w ręce muzyka ze wszech miar niepowtarzalna. A do tego wiąże się z nią tak zawiła, ale jakże romantyczna historia zespołu. Utyskiwać mogą tylko zwolennicy grupy Kansas. Nic nie wskazuje na to, żeby ten zespół miał w niedalekiej przyszłości przypomnieć się jakąś nową płytą. Kerry Livgren wygląda ostatnio na totalnie pochłoniętego swoim nowym – starym zespołem. I bardzo dobrze.

MLWZ album na 15-lecie