Red Sand - Gentry

Artur Chachlowski,
ImageMinęło pół i oto ukazał się drugi album rewelacyjnego kanadyjskiego kwintetu Red Sand. Ich debiut z 2004 roku „Mirror Of Insanity” był jak powiew optymizmu i podmuch świeżego powietrza wpuszczonego w – wydawało się – skostniały świat współczesnego progresywnego rocka. A stało się tak pomimo ewidentnych nawiązań tamtej płyty do twórczości Marillion i Genesis. W grupie Red Sand wiele zmieniło się od czasów debiutu. Przede wszystkim zmienił się skład. Oprócz gitarzysty i autora całego repertuaru Simona Carona w zespole mamy samych nowych muzyków. Simon nigdy nie ukrywał, że swój zespół traktuje przede wszystkim jako platformę do prezentacji własnych muzycznych pomysłów i do ich realizacji dobiera sobie potrzebnych mu w danym momencie odtwórców. Skład zmienił się diametralnie, ale nie zmieniła się muzyka. Nie zmieniła się też stylistyka. Tak więc, wszyscy którzy tak ukochali sobie pierwszą płytę tego zespołu, nie będą rozczarowani. Pytanie czy „Red Sand” na nowym albumie poszedł o krok do przodu? Trudno powiedzieć. Ale jeżeli nawet uznamy że nie, to tylko dlatego, że wcale nie o to chodziło Simonowi. Najważniejsze dla niego to tworzyć własną muzykę i robić to w sposób możliwie najpiękniejszy. A grupie Red Sand na nowej płycie z całą pewnością to się udaje. Na program albumu składają się zaledwie trzy kompozycje (oraz dodatkowo jeden utwór pt. „The Voice”, dołożony w formie bardzo udanego bonusu), z których dwie „Submissive” i „Very Strange” to nagrania trwające po około 20 minut. Ale nie należy się przerażać. Nie mają one w sobie nic z napuszonych, rozdętych do granic wytrzymałości i prowadzących do nikąd muzycznych łamańców. Wprost przeciwnie, brzmią one zadziwiająco lekko, płynnie rozwijają się, by osiągnąć w finale wspaniałe punkty kulminacyjne. Są one przy tym niezwykle melodyjne, naładowane pozytywna energią, a przy tym dostojne, ocierające się o granicę epickiego patosu. Trzeba przyznać, że nowi muzycy spisują się wręcz znakomicie i wcale nie stanowią wyłącznie tła dla gitarowych popisów Carona. Na osobne ciepłe słowa zasługuje wokalista. Stephane Dorval być może nie ma aż tak dobrych warunków głosowych jak jego poprzednik, ale znakomicie nadrabia to ekspresją i teatralnością wykonania. No i wreszcie warto wspomnieć o tym co jest prawdziwą solą tego albumu: w niezwykle piękne tematy melodyczne często wplatane są doskonałe gitarowe i klawiszowe partie instrumentalne, które w niesamowity sposób potęgują napięcie i nieustannie przykuwają uwagę słuchacza. A wszystko to wzbogacane jest mnóstwem pozamuzycznych efektów dźwiękowych: centrali telefonicznej, bijących dzwonów, rżenia koni, dźwięków telefonów, interkomu, policyjnych syren i krótkofalówek. Niesamowicie piękny to album, słucha się go z prawdziwą radością, a do miana „płyty- marzenia” brakuje mu naprawdę niewiele. A ocena? Waham się między piątką, a szóstką. Nie ma szóstek? No to piątkę z dużym plusem poproszę!
MLWZ album na 15-lecie