Relic - Only Dreams

Artur Chachlowski,
ImageNiesamowity, niespodziewany, oryginalny... To już drugi album w dorobku tej kalifornijskiej grupy. Niesamowity, bo ma niewątpliwie ma swój urok oraz wszelkie niezbędne cechy, które dowodzą, że grupa Relic ma dobry pomysł na swoją muzykę. I realizuje go w sposób konsekwentny. Niespodziewany, bo wydany niemal równolegle z debiutanckim krążkiem zespołu. Właściwie to jakby dwa bliźniacze albumy. Podobne do siebie, oba dość krótkie, tak naprawdę mogłyby stanowić jedną 70-minutową całość. Niespodzianką jest też to, że w zespole na basie gra nasz rodak Sebastian Żurek, od kilku lat mieszkający w USA wraz żoną Teresą (projekt okładki, fotografie).  W książeczce Sebastian przedstawia się jako „Hrabia (Count). Towarzyszą mu „Sir” John Mitchell (g) (zbieżność nazwisk z gitarzystą Areny przypadkowa), „Lord” Al’vek II (k), „Sir” William Ackerman (dr) oraz „Ksiażę” (Duke) Veda (v). I tu przechodzimy do trzeciego z wymienionych na wstępie atrybutów grupy Relic: oryginalności. Gdy zobaczyłem zdjęcia z koncertu zespołu moje zdumienie nie miało granic: wszyscy muzycy występują na scenie w prawdziwym rycerskim rynsztunku – zbrojach, kolczugach, hełmach z przyłbicami. Mało tego, teksty poszczególnych utworów oparte są na anonimowych średniowiecznych poematach uczestników wypraw krzyżowych. Muzyka chwilami też nawiązuje do tamtych czasów, ale w przeważającej mierze (i poniekąd kłóci się to z tezą o oryginalności) jest jednak klasycznym rockowym graniem. Chyba najbliżej jej do tego, co czasem szufladkuje się jako „heavy metal progressive rock”, czy „prog metal”. Nie brakuje w niej pompatycznego nastroju, jak w „Music Makers”, epickiej stylizacji, jak w  „Night & Day” i „Where Is The End” (uwaga na odgłosy regularnej bitwy na miecze!), zgrabnej melodyki w „Overture”, ale też przeszywającego chłodem growlingu („Dance Of Death”). Reasumując, wydaje mi się, że propozycje grupy Relic powinny spodobać się przede wszystkim miłośnikom hard rockowej muzyki spod znaku klasycznych produkcji Black Sabbath, czy Uriah Heep, ale i wykonawców młodszej generacji, jak na przykład Shadow Gallery.
MLWZ album na 15-lecie