Ricocher - Chains

Artur Chachlowski,
ImageTrzeci album w dorobku grupy Ricocher z całą pewnością powinien przypaść do gustu miłośnikom neoprogresywnych brzmień. Jeżeli ktoś szuka w artrockowym gatunku wyłącznie przełomowych smaczków, intelektualnych poszukiwań, nowatorskich rozwiązań aranżacyjnych, niech lepiej nie sięga po tę płytę. Nie znaczy to wcale, że „Chains” to zły album. Wręcz odwrotnie. Powiem szczerze, że dawno nie słyszałem tak fajnie zagranej i bezpretensjonalnej muzyki. Ten album ani przez moment nie nuży, nie męczy, zachwyca wręcz swoją profesjonalną produkcją (dobra robota Olivera Phillipsa znanego z formacji Everon), perfekcją wykonania, a i ciekawych melodii jest tu bez liku. Wszyscy sympatycy klimatów znanych z wczesnych płyt Marillionu, czy Areny powinni być wręcz wniebowzięci. „Chains” to naprawdę świetna pozycja. I pozostawia po sobie doskonałe wrażenie, o ile podejdzie się do niej bez uprzedzeń i z odpowiednim nastawieniem. Zespół snuje na niej opowieść o różnych aspektach życiowych więzów i ograniczeń, narzucanych przez szkołę, rodzinę, religię i społeczeństwo. Opowieść ta podzielona jest na 7 epizodów, z których trzy to kompozycje wieloczęściowe, pośród które powkładane są nieco krótsze utwory. Ale i tak przez całe 55 minut, jakie trwa ta płyta, muzyka nie wycisza się ani na moment, poszczególne utwory bardzo płynnie przechodzą w siebie nawzajem. Sprawia to, że album wydaje się bardzo spójny i stosunkowo łatwy w odbiorze. Bardzo miło słucha się go w całości. W brzmieniu zespołu na pierwszy plan wybijają się instrumenty klawiszowe obsługiwane przez Johna van Heugtena oraz ciekawe partie gitar w wykonaniu Barta van Helmonda. Kolejny wyróżnik zespołu to ciekawy głos Erwina Boerenkampsa, którego barwa chwilami przypomina Geddy’ego Lee z Rush. No i co zachwyca przede wszystkim, to same utwory. Najpiękniejszy to trzyczęściowy „Sand In Your Eyes” z bardzo ciekawymi zmianami tempa i śliczną partią saksofonu (Mario van Ooy), patetyczny finał płyty w postaci utworu „Breaking The Chain” oraz przypominająca odrobinę marillionowskie „This Is The 21st Century” kompozycja „Point Of No Return”. Bardzo dobra, bardzo smakowita to płyta. Bez udziwnień i bez zbędnych pseudointelektualnych wycieczek. Solidny prog rock na niespodziewanie  wysokim poziomie.
MLWZ album na 15-lecie