Ritual - Live

Artur Chachlowski,
Image115 minut muzyki na dwóch srebrnych krążkach, 18 utworów, żywa reakcja publiczności, gorąca interakcja pomiędzy zespołem, a widzami... Album „Live” jest dokładnie tym, czym można oczekiwać po tak zatytułowanej płycie. Jest zarazem podsumowaniem pierwszych 10 lat działalności tej grupy, zamknięciem pewnego etapu, na który złożyły się 3 studyjne wydawnictwa. Nie jest to jednak zapis jednego, konkretnego występu, gdyż poszczególne fragmenty albumu zarejestrowano na różnych koncertach wymienionych w książeczce. Słychać to wyraźnie, gdy lider zespołu raz  zwraca się do publiczności po angielsku, kiedy indziej po włosku, albo po niemiecku. Dość trudno jednym zdaniem scharakteryzować styl zespołu Ritual. Dość często określa się go mianem „szwedzkiego progresywnego folku” i o ile określenie to może być często  mylące, to osobiście słyszę w grze Ritualu wiele elementów zaczerpniętych z dorobku Led Zeppelin. Głos wokalisty chwilami bardzo przypomina mi Roberta Planta. Wokal Patricka Lundstroma powinien być doskonale znany fanom grupy Kaipa, lecz o ile tam jest on zaledwie jednym z trybów skomplikowanej machiny, to w zespole Ritual jego głos pełni rolę absolutnie pierwszoplanową. Kolejnym wyróżnikiem zespołu jest używanie nietypowych instrumentów, jak bazuki, mandolina, harmonijka, gwizdki, elektroniczne skrzypce, czy wszelkiego rodzaju przeszkadzajki. Mogą one rzeczywiście budzić pewne skojarzenia z folkiem, ale przez większość koncertu zespół promuje zdecydowanie swoje rockowe oblicze. W pewnym momencie koncertu Ritual prezentuje kilkuminutową akustyczną wiązankę swoich utworów, ale zaraz jakby dla równowagi wykonuje mocny 10-minutowy numer „Mother You’ve Been Gone For Much Too Long”. Ten moment albumu ukochałem sobie najbardziej. Wraz z pełnym niespodzianek („policyjne” „Message In A Bottle”!)  wieńczącym całość nagraniem „Seasong For Mooming Papa” stanowi on najjaśniejszy punkt programu tego wydawnictwa. Może nie ma na nim jakichś ekstra fajerwerków, być może nie wypełnia go tak duży ładunek emocjonalny, jak niedawne koncertowe płyty grup RPWL, czy Spock’s Beard, ale to wciąż interesujący przykład dobrej, rzetelnej scenicznej roboty.
MLWZ album na 15-lecie